środa, 20 lipca 2016

Instant epitafium


- będziesz codziennie dostawał dwie dychy, żebyś miał na jakieś pamiątki, frytki czy co tam będziesz chciał.
- pamiątki?
- no, na przykład pocztówkę będziesz mógł kupić.
- pocztówkę?
- no, pocztówkę.
- a co to jest pocztówka?
- ...
autentyczna rozmowa z moim synem przed wyjazdem na kolonie

No i przypomniałem sobie tę drugą rzecz fajną w starości, wiecie, tę o której zapomniałem we wpisie o mimozach fotograficznych.
Słuchajcie.
W starości drugą rzeczą fajną jest to, że człowiek już wszystko widział. Trudno go zaskoczyć, trudno zawstydzić, trudno oszukać. Słowami wieszczki Maryli, "ale to już było".
Pomijając fakt, że człowiek widział jak przychodzą i odchodzą nowi politycy1, księża, milicjanci i złodzieje, wszyscy tacy sami, długi życiorys oznacza, że widział jak przychodzą nowe technologie, a stare odchodzą w zapomnienie. Zwłaszcza w ostatnim półwieczu ten proces daje czadu. Pamiętacie jeszcze jak się fotografowało wszystko kliszakiem i nikt tego nie uważał za coś szczególnego, kliszę się wywoływało na rogu w 45minut razem z odbitkami 10x15? Rok mniej więcej 2000? Teraz szczęście jak się znajdzie laba w którym jeszcze klisze potrafią wywołać, a cud jak w ten sam dzień2...
Nowe przychodzi, stare odchodzi, naturalna kolej rzeczy. Ale ekstremalnie rzadki jest przypadek, kiedy stare odchodzi zupełnie i całkowicie. Właściwie zawsze można wrócić. Są nisze, w których stare techniki mają się świetnie i dotyczy to nawet naprawdę starych. Kolodion na przykład, na który chwilę temu był taki szał, to jedna z najstarszych technik fotograficznych, a można sobie bez problemu sprawić sprzęt, chemię, znaleźć warsztaty, informacje w sieci i robić. Kodachrome odszedł, ale są inne slajdy. I tak dalej, zawsze coś jest.
Dobra, teraz to na stopro się zastanawiacie, o czym ten ekstraordynaryjny dzisiaj bredzi.
Ano o Fuji, kończącym produkcję ostatnich filmpacków typu 100. Dlaczego? Ano dlatego, że mamy tu do czynienia z wyjątkiem od reguły nisz. Technologia produkcji tego materiału jest tak skomplikowana, że nie ma nikogo, kto by był w stanie się jej podjąć3. To jest faktyczny koniec. Nie będzie tutaj tak, jak się stało przypadku filmpacków typu 600, które udało się ocalić od kompletnej zagłady w ostatniej chwili4.
Oczywiście, jeszcze parę lat będą dostępne, w coraz wyższych cenach. Ale nowych nikt nie będzie robił5.
Koniec
Finito
Ende
Te wszystkie kasety do średnich aparatów, Polaroidy takie jak ten, który Roksana dzierży w rączkach na zdjęciu powyżej, wszystko stanie się bezużytecznym złomem.
Jest to dziwnie smutne. Nie tylko dlatego, że odchodzi technika, którą lubię i uprawiam. Także dlatego, że nie lubię, kiedy wszechświat daje mi do zrozumienia, że czas płynie nieubłaganie i nic się nie wróci. Także dlatego, że nowe pokolenia nie będą miały tej kosmicznej frajdy z czekania aż się wywoła i tego magicznego momentu odklejania negatywu od odbitki.
Świat zrobił się uboższy o fajną, namacalną rzecz, a bogatszy o Pokemon Go. Dla mnie słaba wymiana

PS. Mam teraz focha na Fujifilm. Wiem, że to nieracjonalne, ale nikt mnie nigdy jeszcze nie oskarżył o racjonalizm. Nie kupię sprzętu, nie kupię klisz6, będę odradzał zakup gdyby kogoś podkusiło. Zemsta ekstraordynaryjnego. Żałosna, ale zawsze.

1) to jest swoją drogą ciekawe, bo ta fajność nie jest wprost proporcjonalna do wieku. Do pewnego czasu rośnie, to znaczy, człowiek kilka razy sparzy się na polityce, czy religii, zaczyna widzieć, że to wszystko jedna wielka ściema i skok na kasę/sławę/władzę, niepotrzebne skreślić. A potem ta świadomość zanika, nadchodzi demencja i znowu się daje nabierać posłom i biskupom jak dziecko. Wysyła pieniądze na partię, głosuje, zapisuje księdzu w spadku mieszkanie... Ja czuję że jestem w szczytowym momencie, zaraz zacznę głupieć, więc czytajcie póki jeszcze umiem złożyć dwa zdania do kupy.
2) za to jedną z wielu niefajnych rzeczy w starości jest ten nieznośny pęd do wspominek. Kiedyś to było fajnie panie, nie to co teraz. Gówno prawda dziadku, po prostu mózg woli pamiętać fajne, wymazać niefajne. Dodatkowo za każdym razem kiedy sobie coś wspominamy, tracimy to wspomnienie, a na jego miejsce wchodzi nowe wspomnienie, o tym wspomnieniu. Następnym razem to już tylko wspomnienie o wspomnieniu i ono zostaje zamienione na wspomnienie o wspomnieniu o wspomnieniu. Brzmi dziwnie? Wyguglajcie sobie jak działa mechanizm wspomnień, warto.
3) jeśli nie wierzycie, zajrzyjcie na bloga new55 i poczytajcie jakie trudności są z produkcją dużo prostszych polaroidów 4x5.
4) chociaż w tragicznie, okropnie, fatalnie okaleczonej i bardzo drogiej postaci, produkuje je nadal Impossible Project.
5) tylko proszę, nie linkujcie do różnych miejsc i firm, które deklarują podjęcie produkcji. Nie. To tylko pusta gadka. Pamiętajcie, jestem stary, słyszałem już różne deklaracje i umiem rozróżnić, kiedy jest szansa a kiedy tylko smutna walka bez szans na powodzenie.
6) oprócz Instaxów. Szlag by trafił, nawet focha nie mogę mieć stuprocentowego, bo nikt inny nie produkuje Instaxów...

sobota, 16 lipca 2016

Fotografuję za darmo

In God We Trust


"Nikt nie będzie mi mówił, jak mam żyć"
Tony Montana

Wpiszcie to sobie w Google: "Nie fototografuję za darmo".
Nikt nie chce fotografować za darmo, a jednak powstało tyle postów na blogach, artykułów w onlinenowych magazynach, nawet grupa o tej nazwie, że wujek Google zwraca ponad milion wyników.
Te artykuły, wpisy, posty, można podzielić z grubsza na dwie kategorie - obśmiewające i edukujące. W obśmiewających zazwyczaj jest link do jakiegoś ogłoszenia typu "szukam fotografa na ślub/chrzciny/imprezę, który zgodzi się zrobić foty za darmo/do portfolio/za wałówkę1", po czym jeździ się po autorze tego ogłoszenia w komentarzach.
W edukujących można przeczytać z reguły historyjkę jak to do znanego i cenionego fotografa zwrócił się jakiś janusz polskiego biznesu z propozycją zrobienia mu zdjęć za jak wyżej, oraz przydługi i z reguły nieskładny wykład, dlaczego jest to straszliwa zbrodnia.

W tym miejscu disklejmer: Nie zajmuję się fotografią zawodowo. Nie byłbym w stanie udźwignąć budżetu domowego robiąc portrety tylko pięknym kobietom, a nie chcę sobie zohydzić pasji. Więc swoją średnią wyrabiam jako drukarz2. W związku z tym moja ocena tego tematu może być nieco bardziej obiektywna od oceny ludzi, dla których kasa za zdjęcia jest condicio sine qua non następnego obiadu.

Przez te wszystkie teksty przebija wielki płacz. Płacz o nieuczciwej konkurencji, o klientach potworach i w ogóle o ciężkim życiu.
W fotografii nie ma kokosów. Jest bardzo, bardzo niewielu fotografów, którzy naprawdę zarabiają duże pieniądze. To wynika chociażby z tego, że fotografia jest jednym z nieskalowalnych zawodów3. Jest skończona ilość weekendów w roku w których można zrobić śluby, nawet za grubą kasę. Nie da się zrobić więcej niż ileśtam imprez rocznie, nawet jeśli będzie się miało nieskończoną pulę zleceń4. Troszkę można pokonać ten problem robiąc sztukę, ale to są ekstremalnie rzadkie sytuacje5.
Za to kandydatów na fotografa jest legion. Każdy dzisiaj za w miarę niewielką kasę może nabyć zestaw, którym bez problemu zrobi znakomity reportaż, portret, czy pejzaż. Nie jest problemem wziąć kredyt nawet na najbardziej wypasiony sprzęt. Problemem są umiejętności, ale jest tak duża grupa tych potencjalnych zawodowców, że wśród nich znajdzie się dużo więcej tych utalentowanych, niż jest w stanie wykarmić rynek zleceń premium.
W wielu artykułach jest poruszany temat "psucia rynku". Rynku nie da się popsuć. Rynek rządzi się prawem popytu i podaży. Jeśli propozycje robienia zdjęć za darmo są takim problemem, to znaczy że podaż usługi jest za duża. Nie da się tego przeskoczyć. Nie da się zabronić ludziom dawania ogłoszeń na darmowe zdjęcia, ani zabronić fotografom podejmowania się takich zleceń.
Drugim argumentem, który przewija się nieustannie jest ten o januszach fotografii, którzy podejmują się zleceń za grosze, bądź za darmo i tworzą chałę, odbierając prawdziwym zawodowcom zlecenia, które oni by zrobili znacznie lepiej. Tutaj działa ten sam mechanizm, co w przypadku uchodźców odbierających miejscowym pracę6. Skoro byle fotoziutek odbiera zawodowcom zlecenia, to może ci zawodowcy nie są aż tak dobrzy jak im się wydaje? Może jednak czas rzucić aparat i zabrać się za kielnię?
Nie jest to też sytuacja, która może się zmienić. Ilość ludzi, którym się wydaje że fotografia to łatwy kawałek chleba będzie tylko rosła, w miarę jak technologia robi się coraz bardziej dostępna. A wraz z tym będą spadać ceny.
Dlaczego w ogóle zadaję sobie wysiłek pisania tego wszystkiego?
Bo odrzuca mnie użalanie się nad sobą, a tym właśnie są te wszystkie oburzone "Nie fotografuję za darmo. Najgorszą rzeczą jaką można zrobić, najbardziej kalekim sposobem na poprawę własnej sytuacji, jest szukanie rozwiązania na zewnątrz. To jest ten mechanizm, który każe winą za własne niepowodzenia obarczać każdego, tylko nie siebie. Oni są winni. Te wszystkie fotoziutki feszynu, robiące sesje po pięć dych na maxmodels.
Rynek jest trudny i żeby się przebić, trzeba kombinacji umiejętności, szczęścia i znajomości. Płacz nie przystoi dorosłemu facetowi. Zamiast więc stękać, wyśmiewać i pałać oburzeniem, weź się do roboty. Nie mów innym, jak mają żyć - nie masz zupełnie nic do powiedzenia w tej kwestii.
A jak nie, to budowlanka naprawdę jest dobrym rozwiązaniem. Zero odpowiedzialności, kasa przyzwoita i można chlać w godzinach pracy. Żyć nie umierać.

1) niepotrzebne skreślić.
2) co skądinąd daje mi niezły ubaw przy czytaniu wszelkiej maści rewelacji głoszonych przez zawodowych fotografów w temacie zarządzania kolorem i drukowania.
3) w wielkim skrócie, nie da się zwiększać cen za zdjęcia w nieskończoność. Jest pułap powyżej którego nawet najbogatszy klient się wypnie.
4) a nikt nie ma nieskończonej puli zleceń poza tymi nielicznymi z wielkimi nazwiskami, którzy jak to nieliczni, się nie liczą.
5) jedno tylko zdjęcie kartofla, jedno pustego brzegu rzeki. Kwestia niezwykłego szczęścia.
6) jeśli człowiek bez języka, kontaktów i umiejętności jest w stanie odebrać ci pracę, to może jesteś po prostu głupi?

wtorek, 12 lipca 2016

Fotovoodoo

Siedem
Prześladują mnie sponsorowane wpisy z różnych fanpejdżów stron poświęconych sprzętowi hi-fi. Nie mam pojęcia dlaczego, w domu nie mam nawet zwykłego odtwarzacza CD, muzyki słucham ze słuchawek z kompa, albo telefonu. W każdym razie od czasu do czasu zdarza mi się kliknąć w te linki, które prowadzą zawsze do recenzji jakiegoś ekstremalnego zestawu audio.
Oglądaliście może kiedyś "W paszczy szaleństwa" Carpentera? Bardzo przyzwoity horror o pisarzu, którego książki zaczynają wpływać na czytelników i rzeczywistość w nie do końca pozytywny sposób1.
Dokładnie takie mam wrażenie, czytając te recenzje. To jest jak poezja szaleńca. Gąszcz zdaniowy w którym gubi się wszelkie znaczenie i kontekst. Strumień świadomości autora, który musi napisać coś pochlebnego o sprzęcie za dziesiąt tysięcy złotych, bo firma płaci za recenzję, ale co jeszcze można napisać, skoro wcześniej najbardziej piętrowe peany wyśpiewało się na temat czegoś o parę tysięcy tańszego?2
Autor recenzji tworzy własną rzeczywistość, w której prawa fizyki i akustyki obowiązują jedynie na tyle, by dostarczyć powodów do zachwytu nad recenzowanym sprzętem. W jednej z ostatnich recenzji przeczytałem z pewnym osłupieniem, że wzmacniacz zmienia obwiednię dźwięku3 i to jest jego ogromna zaleta4. Nawet jak na recenzję sprzętu audio jest to srogi wyskok. Najbardziej bezpośrednie porównanie, które mogę tu przywołać dla tych z was którzy nigdy nie mieli do czynienia z programowaniem dźwięku: Wzmacniacz, który potrafi zmieniać obwiednię instrumentu, to jak telewizor, który potrafi zmienić porę roku w wyświetlanym filmie.
Kiedyś dawno temu była taka strona, audiovoodoo, która nieustająco naśmiewała się z takich kosmicznych rewelacji, a także z różnych niesamowitych sprzętów, które kupują audiofile w nadziei na osiągnięcie nirwany dźwięku idealnego5. Magiczne kamienie, które położone na gramofonie poprawiają barwę muzyki, podkładki pod przewody, które tłumią drgania wywołane prądem w tych przewodach płynącym, kierunkowe przewody elektryczne, w których sygnał lepiej przenosi się w lewo, niż w prawo, cudowne mazaki do zamalowywania krawędzi płyt CD i inne takie.
O audiofiliźmie jako jednostce chorobowej można by pisać długo, ale pewnie się zastanawiacie, jaki to ma związek z fotografią.
Otóż głęboki. Bo w fotografii też mamy ten typ. Ten typ recenzji, ten typ podejścia do tematu. Wystarczy przez jakiś czas pokręcić się w środowisku fotografującym, poczytać fora, grupy, strony z recenzjami sprzętu, by trafić na te same, beznadziejnie puste fantazje. O magicznych właściwościach starych, radzieckich konstrukcji. Albo wybitnym bokehu, generowanym wyłącznie przez szkła niemieckie - i nie, to nie jest żart, gość naprawdę tak z pełnym przekonaniem głosi. Albo wspaniałym mikrokontraście. Czy innych takich. Wszystko to jest poparte najczęściej zdjęciami co najmniej mizernymi. Ale nawet jeśli fotografie przykładowe są wybitne, to i tak zostawiają człowieka skrobiącego się z zakłopotaniem w głowę - okej, fota świetna, ale gdzie tu zasługa tego ruskiego złomu? To jest do tego stopnia powszechne, że nawet ludzie robiący naprawdę fotografię na poziomie, przypisują zasługę magicznym właściwościom swojego sprzętu.
Oczywista, można zrozumieć, że jeśli ktoś lubi obwarzankowe bokehy to kupi sobie lustrzany obiektyw i będzie z tych kółek tworzył fajne obrazy. Ale to nie jest jakaś tajemnicza magia, jakieś nieuchwytne modżo. To jest wykorzystanie sprzętu. Jak młotka, o którym pisałem kiedyś tam.
Więc nie bawcie się w fotovoodoo. Nie róbcie obiektu kultu ze sprzętu. Nie dopisujcie Heliosowi 85 1.5 mistycznych właściwości, bo nie stać was na Canona 85 1.2L, czy tam Minoltę 135 2.8 STF.
Oczywiście, producenci sprzętu fotograficznego, podobnie jak grającego, bardzo chętnie wykorzystują ten pęd do nadprzyrodzonego w fotografii. Wypuszczają różne potworki w stylu Lomo Petzvali, albo odświeżonych trioplanów. Szkieł, których produkcji zaprzestano, bo są zwyczajnie kiepskie. Ale skoro znajdzie się klient, który w dodatku będzie piał z zachwytu i niósł kaganek fotograficznego voodoo w lud spragniony osiągnięcia efektu instagrama na sprzęcie za wiele tysięcy złotych - czemu nie, prawda? Kto bogatemu zabroni.
Nie dajcie sobie strugać kołków na głowie magicznymi obiektywami. Tak naprawdę macie to voodoo w środku. Młotek to tylko narzędzie.
Nota bene, zdjęcie na górze zrobione tym magicznym Heliosem. Nigdy więcej. Nie dlatego że jest to kiepskie szkło6, ale dlatego, że poza pokraczną obsługą i kolosalnym ciężarem nic nie wnosi.
Do jutra. Może w końcu zabiorę się za ten autoportret.

PS. A propos Carpentera jeszcze. Wiedzieliście, że oprócz reżyserowania pisał też muzykę do swoich filmów? Ostatnio wydał dwie fajne płyty, z muzyką z filmów, których nie nakręcił. Solidna elektroniczna muza. Nie dla audiofili rzecz jasna.

1) jak książki coachingowe zupełnie. Nic tak nie rujnuje życia jak coaching.
2) bo kto by się spodziewał, że producent wypuści jeszcze bardziej przerażająco veblenowski model?
3) w dużym skrócie, jeśli nie wiecie, obwiednia dźwięku określa sposób w jaki jego amplituda zmienia się w czasie. Obwiednia i kształt fali to podstawowe parametry syntetycznych brzmień.
4) na stronie highfidelity.pl. Polecam wszystkim, których fascynuje literatura surrealistyczna.
5) to jest to, co różni audiofila od melomana. Meloman to miłośnik muzyki, audiofil to miłośnik sprzętu grającego. Audiofile nawet dobierają sobie muzykę, pod sprzęt który kupili. Serio, serio.
6) a jest, o jest, nawet bardzo.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Mimozy

Przeanalizuj to!
Miał być autoportret holyłódzki, ale cierpliwości. Jeszcze mi się koncept zmienił i muszę dopiąć.

Dzisiaj o zupełnie czym innym. Mianowicie, między innymi, o starości.
Otóż, jak zapewne jeszcze tego nie wiecie1, starość składa się z prawie samych wad. Człowiek robi się zmęczony, mrukliwy i ogólnie dziadzieje. Burczy, furczy i co chwila musi do kibla. Trzyma zęby w szklance i zaczyna się rozglądać za pieluchami dla dorosłych. Ogólnie nic ciekawego.
Jest jednak malutki promyk światła na tle zachmurzonego nieboskłonu starczej nędzy2. Rośnie człowiekowi dupa. Metaforyczna rzecz jasna3.
Ten metaforyczny odbyt, to jest znakomite miejsce na umieszczanie rzeczy, których nie lubię. Rzeczy, które mają znikomy do żadnego wpływ na cokolwiek, co mnie dotyczy. W miarę upływu czasu człowiek dochodzi do wniosku, że znakomita większość rzeczywistości, którą się przejmuje, nie jest warta splunięcia. Co inne sobie o mnie pomyślą, co ludzie powiedzą. To nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy, cytując Łonę. Odrzuca się to wszystko, jak stary naskórek. Można się skupić na swoim.
Co to ma wspólnego z fotograficznymi filozofiami, słyszę jak pytacie chórem4.
Jakoś tak ostatnio mi się złożyło, że mi się żalą ludzie fotograficzni, których znam i lubię. Że ktoś im pojechał po fotach, a że bana dostali, a że przyczepił się do nich jakiś fotohejter i komentuje nieprzychylnie, a że modelka nie przyszła na sesję, a że kurwa deszcz pada. Samo w sobie zdumiewa, że akurat mnie się żalą, dziadowi wrednemu, ale okej.
Odsyłam do moich wpisów o krytyce zazwyczaj5, jakoś chyba nie dociera.
Postanowiłem więc zrobić krótki rekonesans i od jakiegoś czasu sobie na różnych fotograficznych miejscach, głównie na fejsbuku pozwalam na mało eleganckie prztyczki w stronę zdjęć ludzi, których nie znam6. Czysty trolling. I obserwuję reakcje.
Muszę powiedzieć, że są rozczarowujące. W znakomitej większości - obrażanie się, łzy i różne przykre słowa.
Widzieliście kiedyś mimozę? To taka niepozorna roślinka, która reaguje na dotyk, składając liście. Haptotropizm7. Z tego powodu stała się ona synonimem nadwrażliwości u ludzi.
Nie zrozumcie mnie źle. Nie ma nic złego we wrażliwości. Wręcz przeciwnie, bez wrażliwości nie ma sztuki. Trzeba tylko tę wrażliwość skierować we właściwą stronę. W stronę rzeczy, które robicie. Nie w stronę ludzi, którzy to komentują.
Wracając do początku wpisu - skierujcie się wrażliwością w stronę sztuki, a tyłem w stronę rzeczy, które nie mają nic wspólnego z waszymi zdjęciami.
Bądźcie jak ten motylek słynny.
Miejcie to w dupie.
Bądźcie w tej kwestii mentalnymi starcami.
Odrzućcie stary naskórek.
Dam wam może jeszcze praktyczny przepis, jak sobie radzić z męczącymi komentatorami, krytykami i innej maści trollami.
Przede wszystkim, przede wszystkim, styl. Styl ponad wszystko. Nie ciskać się, nie bluzgać, nie płakać. Trzymać fason.
Kiedyś interesowałem się teatrem improwizowanym8. To jest taka forma teatru, w której nie ma scenariusza, aktorzy realizują jedynie bardzo ogólnie nakreśloną fabułę. O ile w ogóle. Pomyślcie o "Spadkobiercach", to jest właśnie to.
Podstawą dobrego teatru improwizowanego jest flow. A dobry flow polega na tym, że aktorzy sobie nie przeczą. Przechodzą z jednej kwestii do drugiej płynnie, unikają stopowania dialogu twardym "nie".
Na tej samej zasadzie można sobie radzić z trollem. Nie ciskać. Nie przeczyć. Zgodzić się. Zejść na ten sam poziom, czyli zazwyczaj wczesnego przedszkola. I odwrócić role, samemu stać się trollem.
Przykład:
"Twoje zdjęcie jest kiepskie, bo ma kompozycję słabą i kadr bez sensu i w ogóle nie jest z pełnej klatki na pewno, ani analogowe"
"Tak, możliwe że masz rację, niestety jednak nie mogę przyjąć twojej krytyki, bo przejrzałem twoje portfolio i nie wydaje mi się, żebyś był na poziomie fotograficznym, który by cię upoważniał do pisania krytyki pod cudzymi zdjęciami. Ale dzięki, że się starasz być pomocnym."
To jest taka prymitywna, banalna, sztuczka retoryczna, ale zawsze działa, sto procent. Niezależnie, czy stracicie czas faktycznie przejrzeć to portfolio, ani czy ono jest dobre, czy tam słabe. Działa niezawodnie. Od tego miejsca role się odwracają. Efekt jest taki, jakby ktoś nadepnął na kota. Wrzask i machanie łapami. Dlaczego? Ponieważ ludzie, którzy piszą te komentarze, w większości znakomitej są takimi samymi mimozami. Krytykują, maskując własną niepewność. Ludzie, którzy są spokojni co do swoich dzieł, nie tracą czasu na wmawianie sobie, że inni są gorsi.
Ćwiczcie.
Teraz idę zabijać grubasa, żeby moje fizyczne dupsko nie zrobiło się większe od metaforycznego.
Do jutra.

1) ale prędzej czy później, obiecuję.
2) no, dwa. O jednym będzie dalej, a ten drugi to zapomniałem. Jedną z wad starości jest krótka pamięć, czasem tak krótka że zaczynając przypis zapominam o czym miał być.
3) chociaż patrząc na żałosną kondycję naszego wspaniałego narodu, ta prawdziwa też.
4) wszyscy trzej co moje wynurzenia śledzicie. Pozdrawiam przy okazji.
5) których parę popełniłem przecież w tym celu właśnie, żeby się nie powtarzać przy każdej okazji.
6) żeby nie było, że jestem kompletnym członem dodam, że wybieram zdjęcia słabe, które na nic lepszego nie zasługują.
7) mój mózg to totalny śmietnik informacji bezużytecznej w dobie Wikipedii.
8) jak wyżej. Śmietnik w mózgu.

piątek, 17 czerwca 2016

Czarne łabędzie, albo ornitologia przypadku



Dużo ostatnio czytam o tym, jak to bardzo ważne robić kadry przemyślane i zaplanowane. Jak to na przykład analogowa fotografia jest lepsza bo eliminuje fotografowanie na spontanie i łapu capu1.
Mamy w głowie taki schemat, ewolucyjnie oczywiście uzasadniony, że przypadek to zło. W życiu pierwotnego człowieka nie ma miejsca za dużo na myślenie o przypadkowości egzystencji, trzeba się skupić nad sprawami bieżącymi. Piorun trafił w drzewo? Nie będę teraz medytował nad istotą wyładowań elektrostatycznych w atmosferze, bo goni mnie tygrys szablozębny. Uznajmy że to znak od boga i przejdźmy dalej. Umniejszamy przypadkowi. A przypadek jest królem. Pomyślcie tylko, gdziekolwiek teraz jesteście, czytając te słowa. Z ekranu kompa w domu. W Starbucksie z bajeranckiego MacBooka sącząc frappe latte. Siedząc na kiblu z tabletem w dłoni2. Spróbujcie sobie wyobrazić, jak niesamowity ciąg zbiegów okoliczności doprowadził was do tego miejsca. Że zainteresowała was fotografia, że w ogóle istniejecie, bo wasi wapniacy się gdzieś tam spotkali bliżej, jak zwierzątko do zwierzątka, że w ogóle powstali wasi staruszkowie i tak dalej, do pierwszej kreatury, co nie mogła się zdecydować, czy chce być rybą, czy płazem, wypełzającej na brzeg praoceanu. I w ogóle jeszcze dawniej, aż do wielkiego wybuchu. Niewiarygodny, nieprawdopodobny, niemożliwy do oszacowania liczbowo ciąg przypadków, a na końcu gość siedzi na klopie i czyta blog niespełnionego portrecisty. A najlepsze, że jest to ciąg, który zaistniał. Chociaż myślimy, nieprawdopodobny, to nie. Jego prawdopodobieństwo jest jeden. Nie sposób się nie zawiesić myśląc o takich rzeczach, dlatego jesteśmy wyposażeni w system antyzdziwieniowy. W głowach porządkujemy sobie chaos rzeczywistości, próbujemy sobie je tłumaczyć, przeznaczeniem, religią, albo innymi głupotami. Nie potrafimy udźwignąć ciężaru przypadkowości życia. Mówimy sobie "nic nie dzieje się bez przyczyny", mimo wręcz przytłaczającej ilości dowodów na to, że masa rzeczy, większość rzeczy, dzieje się zupełnie bez przyczyny. Wszędzie widzimy działanie wrednego bóstwa, które nie ma nic lepszego do roboty niż spychać wróble z gałęzi3. Dlatego chcemy tej kontroli, pewności, że wszystko idzie jak należy, zgodnie z planem. Otóż, szoker. Rzeczy dzieją się bez powodu. Małe dzieci dostają raka. Źli ludzie wygrywają w totka. Przypadkowi ludzie zostają fotografami i robią portrety pięknym kobietom. Nikt tego nie planował i nic, absolutnie nic nie da się na to poradzić. Poważnie.
Terminem, który najlepiej określa rozwój portrecisty4, jest czarny łabędź. Jeśli interesuje was dokładnie co to jest, odsyłam do lektury książki "Czarny łabędź. O skutkach nieprzewidywalnych zdarzeń" autorstwa Taleba Nassima Nicholasa5. Polecam, bo chociaż napisana zupełnie bez polotu, jest ogromnie fascynująca.
W wielkim skrócie czarny łabędź to wydarzenie, którego nastąpienia nie można przewidzieć, a które ma daleko idące konsekwencje. Na przykład, przez miliony lat naszą planetą władały dinozaury i żaden dinozaurzy naukowiec nie mógłby przewidzieć, że z nieba spadnie wielki kamień i na Ziemi zapanują ludzie. Dwa stulecia temu futurolodzy zapowiadali, że miasta utoną w końskim łajnie, bo nie mogli wyobrazić sobie samochodu. Parę lat temu nie mogłem sobie wyobrazić, że można fotografować bez softboksa, aż przypadek, którego nie mogłem przewidzieć przecież, sprawił że przestałem go zupełnie używać6. Mam całą serię takich czarnych łabędzi od początku mojej obsesji kobiecym portretem, między którymi rozległa przestrzeń się rozciąga zdjęć bardzo równych poziomem. Pierwszy portret kobiety, tak na próbę, przypadkowo. Pierwszy portret obcej kobiety, przypadek całkowity, koleżanka mojej lepszej połowy. Pierwszy portret obcej pięknej kobiety, znowu przypadek, siostra koleżanki mojej lepszej połowy, oświecenie, trzeba fotografować nie każdą, tylko te piękne7! Przypadek bez softboksu, wow. Przypadek analogowej fotografii. Przypadek, absolutny przypadek odkrycia tilta jako podstawowej techniki pracy z kadrem i nabycie najlepszego aparatu świata8. Przypadek odkrycia lampy pierścieniowej. To są właśnie czarne łabędzie. Rzeczy których nigdy bym nie doświadczył, gdyby moje sesje były zawsze idealnie zaplanowane i przeprowadzone.
Dlatego śmiejcie się z ludzi, którzy coś tam paplą o przemyśliwaniu wszystkich kadrów. Myśleć trzeba, ale nie doprowadzać się do obsesji. Bo z tego tylko nerwice natręctw. Dajcie szansę czarnym łabędziom. Kupcie sobie Lomo albo coś.
Do następnego. Będzie o autoportrecie na plakat hollywoodzkiej superprodukcji.
A zdjęcie na górze, to jest właśnie z tej pierwszej sesji w której odkryłem, że tym pięknym kobietom najbardziej warto robić zdjęcia. Weźcie to sobie do serca.
Narka.

1) powód jak wygrzebany spod jajec trenera niemieckiej reprezentacji. Analogowa fotografia jest lepsza i tyle, nie trzeba wymyślać durnowatych uzasadnień. Których też ostatnio pełno wszędzie, muszę sobie zakontować - napisać posta o gościach, którzy czują potrzebę uzasadniania sobie dlaczego fotografują analogiem.
2) bardzo niedoceniana jest rola ubikacji w rozwoju czytelnictwa. Zwłaszcza wśród męskiej części populacji, kobiet to raczej nie dotyczy. Tysiące stron przerzuciłem siedząc na Porcelanowym Tronie. Dziesiątki tysięcy. I to nie licząc Playboya.
3) Mt 10, 29. Poważnie, sprawdźcie sobie.
4) rozwój wszystkiego właściwie, ale trzymajmy się konwencji.
5) libańskiego uchodźcy, ha! Ksenofobom na pohybel.
6) pisałem o tym w pierwszym wpisie tego bloga, dawno, dawno temu.
7) oczywiście moja lepsza połowa jest najpiękniejsza, ale ileż można robić zdjęć jednej kobiecie?
8) jestem chyba jednym z nielicznych, jeśli nie jedynym, fotografem, który nie pragnie lepszego aparatu. Po prostu nie ma lepszego aparatu niż ten, który mam.

poniedziałek, 16 listopada 2015

Kłamca, kłamca

Self-made
Never trust any artist ever telling you any bloody thing. They're all a bunch of liars. Artist absolutely, on any subject, is always talking drivel. Including moi. Because the work is the statement, right?
Nigdy nie wierzcie żadnemu artyście, w ani jedno słowo. Banda kłamców, wszyscy. Każda wypowiedź artysty, na każdy temat, to absolutna bzdura. Moje też. Ponieważ tylko dzieło jest wypowiedzią, nie?
Brian Duffy1

Wszyscy kłamią2.
Kojarzycie tego wujka, który na każdym rodzinnym zgromadzeniu3 opowiada tę samą historyjkę, tylko za każdym razem troszkę się różnią szczegóły? Gdybyście wujka spytali o te różnice, dałby sobie głowę uciąć, że nic nie zmienia i dokładnie tak to było jak opowiada. 
Zawsze.
Kłamstwo jest tak powszechne i tak normalne, że nie zwracamy na nie większej uwagi. Są całe zawody oparte na kłamstwie. Polityk. Prawnik. Ksiądz4. Od najmłodszego wieku mówi się nam, że kłamstwo jest złe. Ale tak naprawdę to też jest kłamstwo. Rzeczywistość bowiem uczy nas czegoś zupełnie przeciwnego. Jesteśmy lepiej postrzegani kiedy kłamiemy na swój temat. Unikamy odpowiedzialności za różne hece, jeśli uda nam się wyłgać. W CV wpisujemy sobie znajomość angielskiego, chociaż naprawdę ogarniamy tylko w polingliszu temat stojącego na stricie kara i trochę korpotalka. Dziewczyny nas kochają bardziej za Porsche niż za Tico.
W starym przysłowiu pszczół kłamstwo ma krótkie nogi. Może i ma, ale za to przebiera nimi bardzo, bardzo szybko.
No i nasz artysta. Amatorska etymologia - zastanawialiście się nad pochodzeniem słowa sztuka? Coś sztucznego, nieprawdziwego. Podobnie w angielskim art-artificial. Niemieckie kunst-künstlich. Sztuka jest oparta na łgarstwie. I dotyczy to oczywiście nie tylko dzieła, które z samej natury jest właśnie sztuczne. Dotyczy to także artysty. Artysta łże na temat swojej sztuki. Kłamstwo ponad kłamstwem, metałeż. Weźcie słynne pytanie co artysta chciał przez to powiedzieć. Kiedy ktoś cię pyta, musisz coś wymyślić, bo przecież nie powiesz a, tak mi się jakoś, tego, sfotografowało. Nawet jeśli faktycznie tak jakoś.
Bo jeśli powiecie, to przypadek, dzieło traci na wartości.
Bzdura? No to słuchajcie. Parę wpisów temu było o warsztatach. Tekst przyozdobiłem polaroidem z Joasią5. Jakiś czas później wrzuciłem to zdjęcie do galerii, w której obowiązuje wstępny przesiew. Fotografia przepadła, więc usunąłem ją z profilu, jak mam w zwyczaju robić w tego typu przypadkach. Po czym otrzymałem wiadomość, że niby czemu usunąłeś, chcieliśmy dać do wyróżnionych. Wywiązała się dyskusja, w której chlapnąłem, że fotografia została popełniona przypadkiem - warsztatowicze po drodze z pleneru znaleźli gałąź czereśni, postanowili ubrać Joasię w mundurek, nota bene przywieziony przez jedną z uczestniczek i coś pokminić w tym temacie. Ja tylko chciałem sprawdzić, czy światło błyska, aparat działa i tak dalej. Dałem więc dziewczynie tę gałąź, mówię trzymaj to przed sobą, zobaczymy jak to pokłonem się złapie i pstryk. No i wyszło fajnie. I wiecie co, drodzy czytelnicy? Ano - acha, jak tak, to nie chcemy. Fakt przypadkowości fotografii zmienił jej wartość z godnej wyróżnienia, na zwykły pstryk.
Abstrahując zupełnie od tego, czy taki odbiór sztuki ma sens, pomyślcie jaki to generuje przekaz. Fotografia nie powstała w pocie czoła, na podstawie przemyśleń głębokich, medytacji i hibernacji? A to nie, dzięki, bezwartościowa. Morał? Na drugi raz lepiej wymyślić jakiś artystyczny bon mot dla tej fotografii, będzie wyróżnienie.
Zastanawiam się z czego to wynika - być może z tego samego, z czego wynikają historyjki wujka? Z tej potrzeby narracji, tłumaczenia rzeczywistości, którą wszyscy mamy wbudowaną? Przekonania o tym, że wszystko musi mieć jakieś głębsze uzasadnienie, sens? Jakiś czas później przy okazji zupełnie niewinnej dyskusji o aparatach pojawił się temat zdjęcia, fajnego zupełnie aktu. I mówię człowiekowi, słuchaj ale tę szafkę paździerzową, co tam stoi w rogu, w stylu wczesnego FWP, to mogłeś sobie darować. I co? Nie, bo wiesz, dodaje kontrastu i w ogóle. No i masz. Zamiast normalnie powiedzieć, no była tam szafka, co było robić, nie będę szafki wynosił, żeby gołej babie zdjęcie zrobić, to nie. Trzeba było dorobić historyjkę. I nawet nie o to chodzi, czy ta szafka tam pasowała, czy nie, bo to jest tylko kwestia mojego gustu, mojego odbioru tej fotografii. Chodzi o konieczność uzasadnienia, nawet jeśli tylko przed sobą, że nic nie jest przypadkiem, pełna kontrola, dzieło przemyślane od a do zet. Artysta nie tworzy w próżni. Jest fajnie podzielić się swoim dziełem, zebrać zachwyty6. Może krytyki też, jeśli kogoś to kręci oczywiście, bo mnie akurat nie bardzo.
Nawet jednak pomijając odbiór zewnętrzny, czujemy potrzebę uzasadnić przed samymi sobą, dlaczego nasza sztuka jest fajna. Artysta działa zupełnie tak samo, jak krytyk. Musi wytłumaczyć sobie, dlaczego dzieło mu się podoba, a dlaczego nie. Nawet jeśli tłumaczenie, podobnie jak w przypadku większości krytyki, jest wyciągnięte zupełnie z odbytu. Artysta tłumacząc sobie samemu co chciał przez dzieło powiedzieć, staje się jak ten wujek na pogrzebie. Wbudowany w naszą lewą półkulę przymus narracji zmusza go do kłamstwa7. A potem jest już z górki. Skutek i przyczyna się odwracają. Dobrze dopasowane kłamstwo staje się raison d'etre dzieła. Więc mam do was prośbę. Nie pytajcie artysty, co chciał powiedzieć. Pytajcie jak zrobione, czym zrobione może, jeśli was interesują technikalia. Jak świecone. Ale pytania o sens sobie darujcie. Lepiej sami sobie go odszukajcie. Bo jeśli tego sensu na zdjęciu nie widać, to nie ma po co pytać fotografa - zdjęcie jest i tak stracone. A jeśli widać, to nie ma sensu pytać, bo wam tylko namiesza w odbiorze swoją zmyśloną analizą.
I nie miejcie za złe artystom, ani wujkowi, tych historyjek. Tak ich ewolucja stworzyła i życie nauczyło.
Do następnego. Skoro już zaczepiłem temat, będzie o przypadku.

PS. Dałem autoportret jako ilustrację do wpisu, bo autoportret to największe ze wszystkich artystycznych kłamstw.

1) ze znakomitego dokumentu BBC, który możecie obejrzeć tutaj. Jeśli nie wiecie, kto to Duffy - wstydźcie się. Proszę nadrobić natychmiast.
2) telewizja kłamie, gazety kłamią, ksiądz kłamie, tylko cyganka prawdę ci powie. Nie mogłem się powstrzymać, sorry.
3) czyli głównie na pogrzebach.
4) zanim się zbulwersujecie, pomyślcie o dekalogu. Dlaczego nie ma w nim przykazania "nie kłam"? I nie, ósme się nie liczy - ósme jest o tym, żeby donosić zgodnie z prawdą, bo informacja jest cenna, a donos nieprawdziwy jest bezwartościowy.
5) tutaj
6) i lajki, dużo lajków. 
7) zasadniczo, jest to raczej konfabulacja niż kłamstwo. Ale efekt ten sam.

niedziela, 6 września 2015

Młotek

Stop! Hammer time!
MC Hammer

Zaczęło się od prowokacji, rzuconej przez Krzyśka. "Na Fejsbuku nie będzie różnicy między A7RM2 i komórką". Nie mam komórki z aparatem1, ani A7RM22, ale całe moje ekstraordynaryjne jestestwo zburzyło się przeciw takiemu postawieniu sprawy. W związku z czym sporządziłem test na grupie docelowej związanej z fotografią. Czy będą w stanie odróżnić kadr z aparatu APS-C od takiego samego sporządzonego aparatem średnioformatowym na kliszę?



Dwa kadry, maksymalnie zbliżone. Naświetlone, kadrowane i obrabiane tak jak to robię zwykle - f4 na cyfrze i f3.2 na analogu (z korektą na wyciąg miecha i że Ektar lubi być mocniej naświetlony). Nie było problemów większych z rozróżnieniem, nawet w warunkach fejsbukowej kompresji. Ale pojawiły się głosy, że oszukuję3. Oszustwo polega na tym że nie usunąłem paprochów, robię tilta i nie otwieram maksymalnie przysłony w cyfrze. Musiałem więc zrobić drugi test.


Tutaj sytuacja jest zgoła odmienna. Cyfra została otwarta maksymalnie, a kadr jest dobrany tak, by możliwie zmniejszyć różnicę w głębi ostrości4. Nie ma tilta. Wynik? Praktycznie fifty-fifty. To by znaczyło, że założenie o nierozróżnialności na fejsie jest słuszne. Jednak ten test jest również nieuczciwy, tym razem w drugą stronę - sztucznie ograniczona jest naturalna przewaga analoga5. Niezbędne było przeprowadzenie trzeciego testu.


Tutaj wszystko zostało zrobione tak jak najlepiej się dało z obu aparatów. Obydwa obiektywy otwarte maksymalnie, kadry tak identyczne jak dało radę, analog przechylony i pokłoniony zgodnie z płaszczyzną twarzy - wszystko według reguł sztuki ekstraordynarynej, ale bez sztucznych wspomagaczy w postaci przykładowo niewystemplowanych paprochów. Wynik? Podobnie jak w pierwszym teście, brak problemu z prawidłowym rozróżnieniem.

Jaki jest morał? Śmieszna sprawa, morały są dwa, pozornie sprzeczne.
Pierwszy jest taki, że w bezpośredniej konfrontacji, bez sztucznego wyrównywania szans, rozróżnialność będzie od dużej, do stuprocentowej, w zależności od grupy testowej. Różnica rozmiarów materiału światłoczułego, użycie tilta, większa dynamika kliszy, to są rzeczy których łatwo się nie pobije.

Ale drugi morał jest taki, że Krzysiek miał rację. Pomyślcie o tym z punktu widzenia statystyki. Szanse są spore, że jeśli zaglądacie na ekstraordynaryjne wynurzenia, to interesujecie się w ten czy inny sposób fotografią. Znacie zapewne sporo ludzi o podobnych zainteresowaniach. Spróbujcie w głowie sobie policzyć, ilu z nich fotografuje tylko w studiu, tylko portrety, aparatem analogowym wyposażonym w jasne szkła, pokłony i przechyły. Statystycznie rzecz biorąc, patrząc na ilość zdjęć publikowanych dziennie na fejsie, możecie z zamkniętymi oczami wskazać na każde z nich, powiedzieć "to było zrobione komórką" i z dużym prawdopodobieństwem będziecie mieli rację.

No i dobra, ale czy to znaczy, że jeśli głównym miejscem publikacji jest Fejs, to trzeba porzucić cały wypasiony sprzęt i zacząć robić zdjęcia komórką? Teraz dygresja, ale nie bez związku. Weźcie taki młotek, taki jak na pewno macie w domu w szufladzie z narzędziami, czy gdzie tam trzymacie narzędzia. Prosty przyrząd, służy do uderzania w coś6. Wymyślone pół miliona lat temu, jedno z pierwszych narzędzi złożonych z więcej niż jednego elementu7. Trzonek i obuch. Wiecie ile jest rodzajów młotków? Próbowałem zrobić risercz na ten temat, ale się poddałem przy kilkudziesięciu. Okazuje się bowiem że dosłownie każda czynność, przy której wymagane jest uderzenie czymś w coś ma własny rodzaj młotka. Kamieniarz, cieśla, zegarmistrz, blacharz, dentysta, każdy ma swój specyficzny młotek. Nawet sędzia8. A wiecie co wspólnego mają te wszystkie młotki9? Dwie rzeczy. Po pierwsze, są dopasowane do konkretnego zastosowania, konkretnego czegoś w co mają uderzać. Po drugie, nikogo poza uderzającymi nie interesuje czym było uderzane10. Koniec dygresji.
Weźcie teraz aparat fotograficzny. Aparat też jest narzędziem, ale narzędziem ogromnie bardziej skomplikowanym od młotka. Nietrudno chyba sobie wyobrazić, że do różnych rodzajów fotografii można użyć różnych rodzajów aparatów - i to niezależnie od tego, jakim kanałem będą te zdjęcia potem rozpowszechniane w narodzie. Że do zdjęć pod spódnicą obcej dziewczynie na mieście komórka bardziej się sprawdzi od Linhofa Kardana, a do zdjęć portretowych w studio wręcz przeciwnie. Prawda?
Teraz wróćmy do nieszczęsnych fotek na fejsie. Czy kogoś interesuje, czym zrobiłem moje zdjęcia? Nawet osoby, które fotografuję nieszczególnie się tym interesują, co dopiero ludzie oglądający fotę na fejsie. Czy mama dziewczyny, która wstawia wykonaną przez mnie fotę na Fejsa interesuje się, czy zrobiłem ją cyfrą czy analogiem? Nie. Czy to znaczy, że powinienem je robić komórką, bo i tak nikt nie rozróżni? A poszedł mi z takimi... Aparat, jak młotek, dobieram do zadania. Do portretu dobieram aparat, który jest najlepszy - do portretu, który uprawiam. Ktoś weźmie komórkę - nie ma problemu, najwyraźniej jest to sprzęt dopasowany do jego potrzeb i umiejętności.
Fachowcom zostawmy jednak prawo wyboru ich młotka.
No. A teraz młotki w dłoń i do roboty. Do następnego. A będzie o kłamczuchach.

PS. Zapomniałem podać prawidłowe odpowiedzi. Już naprawiam. Test pierwszy - analog po lewej, test drugi - analog po lewej, test trzeci - analog po prawej.

1) a raczej mam, ale zakleiłem obiektyw kawałkiem izolacji, żeby nie kusiło.
2) dla niewtajemniczonych, chodzi o nowy bezlustrowiec Sony α7R II.
3) nie oszukuję akurat w tym wypadku, ale ogólnie zawsze warto pamiętać, że artyści kłamią. Taki naród po prostu.
4) na tyle, na ile to możliwe oczywiście.
5) jeśli nie wiecie, co Ekstraordynaryjny uznaje za przewagę analoga, przeczytajcie to.
6) względnie w kogoś.
7) wiele mówi o ludzkości fakt, że pierwsze narzędzie służy do radosnego napierniczania w różne rzeczy/osoby (niepotrzebne skreślić).
8) młotek sędziowski, a jakże.
9) poza oczywiście podstawową funkcją walenia w cokolwiek.
10) w specyficznych przypadkach może to jeszcze obchodzić policjanta z dochodzeniówki.