poniedziałek, 16 stycznia 2017

Cover story



Totalna fikcja

Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu, poprzez, no reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę?
"Rejs", Piwowski, Głowacki.

Temat kopiowania stylu i szerzej inspiracji cudzą pracą w fotografii jakoś ostatnio przewija mi się w czeluściach internetów. Chociażby u aseptycznego na blogu, albo w wywiadzie z Tomkiem Sikorą

Dużo jest przy tym rozmowy na temat robienia sobie krzywdy przez odrzucenie samego siebie na rzecz wizji stworzonej na zewnątrz. Jeśli jest w tym jakaś prawda, to ja jej nie rozumiem. Wszystko, co robimy, w sztuce i w życiu, jest odbiciem tego, co mamy w środku, a to co mamy w środku, musimy najpierw wziąć z zewnątrz. Człowiek jest sumą swoich doświadczeń1, a przynajmniej jednym składnikiem tej sumy jest sztuka, która nam się podoba i którą też byśmy chcieli robić. I ograniczanie się do nierobienia rzeczy, które ktoś już zrobił, bo trzeba być oryginalnym za wszelką cenę prowadzi do całkowitej blokady - bo uwierzcie, lub nie, wszystko już było.

Dam wam przykład odmiennego podejścia do sztuki - w muzyce prastarą tradycją jest cover - który jest niczym innym jak to, co w fotografii jest uważane za plagiat - własną aranżacją cudzego dzieła. I to nawet aranżacje muzyki klasycznej, w przypadku których każde wykonanie jest w zasadzie coverem. Większość, a nawet nie bójmy się tego powiedzieć, wszyscy muzycy zrobili chociaż jeden cover, a są nawet tacy, którzy na coverach zbudowali kolosalne kariery - Jak choćby Joe Cocker, mega gwiazda, którego składanka Greatest Hits składa się wyłącznie z coverów, a w pamięci ludzi sporo piosenek zostanie zachowana w jego wykonaniu2.

Osobiście bardzo lubię wyszukiwać nowych aranżacji kawałków które znam. Wiadomo - nie każda jest fajna, nawet większość zdecydowanie nie jest fajna, ale zdarzają się takie, które pokonują oryginał. I to jest git, bo niezależnie od tego, jak doby jest oryginał, kopia może go przeskoczyć.

Być może w tym tkwi też niechęć do coverów fotograficznych? W lęku, a nuż ktoś inny zrobi to lepiej?

Oczywiście, jest też kwestia atrybucji - kopiowanie znanej fotografii i wrzucenie jej jako swojej bez podania źródła jest po pierwsze wątpliwe moralnie3, a po drugie ryzykowne. Twarz ma się jedną i choć zasadniczo nie szklanka, raz utraconą bardzo trudno odzyskać - łatka "tego gościa co kradnie cudze pomysły" jest bardzo mocno przylepna i trudna do usunięcia4.

Znana jest mi sytuacja, w której bardzo rozpoznawalnego fotografa oskarżano o plagiat - co ciekawe, za plecami. Światek polskiej fotografii jest mały i zawistny - z ciekawości przeprowadziłem własne dochodzenie, godne samego Sherlocka5 - napisałem mianowicie do autorów zdjęć, które plagiatował rzekomo nasz rodak. Okazało się, że to oni się inspirowali, nie odwrotnie. Tak, że warto być ostrożnym, zanim się rzuci oskarżenie, miejcie na uwadze.

Ale pomijając kwestie ezoteryczne, nie bójcie się inspirować innymi pracami. To żaden obciach. Tylko, jeśli decydujecie się kopiować cudzy styl, zadbajcie o to, żeby od razu to zaznaczyć. Unikniecie przykrych sytuacji6. No albo kopiujcie coś tak rozpoznawalnego, że nikt was nie oskarży o plagiat. Jak na przykład fotka powyżej.
Są też praktyczne zyski z robienia kopii rzeczy które się nam podobają - nauka. Nauka przez kopiowanie to bardzo skuteczna metoda opanowania technicznej strony dowolnej sztuki, każdy grafik, czy malarz wam to powie.


Jest o tym książeczka całkiem sympatyczna, pod tytułem "Twórcza kradzież. 10 przykazań kreatywności", autorstwa Austina Kleona. Warto sobie poczytać, przynajmniej skonfrontować temat z tezą o absolutnym zakazie powielania czegokolwiek.

Ja wam mówię, kopiujcie ile wlezie. Nie kradnijcie, bo nieładnie, ale kopiujcie. Twórczo. Do następnego.

PS. A jeszcze, covery. Macie ulubione covery? Kilka moich:

Sympathy for the Devil - Motörhead (oryg. Rolling Stones). Lemmy całkowicie unieważnia wszystkie inne wersje tej piosenki, w tym oryginał i wykonanie Guns and Roses, które leciało w napisach do Wywiadu z wampirem.

House of the Rising Sun - Heavy Young Heathens (oryg. Animals - chociaż tak naprawdę oryginał to folkowa piosenka, a Animalsi wzorowali się na wykonaniu Boba Dylana. Skomplikowane)

Walk of Life - Shooter Jennings (oryg. Dire Straits) - ta wersja nieco bardziej country, z genialnym teledyskiem, który od razu stanie się bliski każdemu, kto choć raz stanął za ladą w nocnym z alkoholem.

Killing me softly - Roberta Flack (oryg. Lori Lieberman). To jest jeden z przypadków, kiedy cover jest bardziej znany od oryginału. Do tego jeszcze bardziej znany jest cover covera Roberty Flack, w wykonaniu The Fugees. Dodajmy, wstrętny.

Sound of silence - Disturbed (oryg. Simon & Garfunkel). To jest ciekawy cover, bo muzycznie dużo lepszy od oryginału, epicki bardziej, ale za to gubi sens piosenki, która na pewno nie miała być epicka w założeniu.

Jest też kilka bardzo znanych kawałków, które nigdy nie doczekały się sensownych coverów. Na przykład Sweet Home Alabama, kawałek znany chyba każdemu. Kid Rock zrobił nibycover, All summer long, ale to jednak tylko zbliżona rzecz.

A są i takie, które mają tylko fatalne covery - jak chociażby jedna z moich ulubionych ballad new wave'owych z lat osiemdziesiątych, Camouflage Stana Rigdwaya, która ma jeden znany cover, w wykonaniu Sabatonu. Bardzo kiepski dodam7.

Są też takie, które mają nijakie covery, które mimo wszystko stały się bardziej znane od oryginałów. Przykład - Cats in the Cradle Harry'ego Chapina, kawałek bardziej znany z miernego wykonania Ugly Kid Joe.

PS2. A jeszcze mi się przypomniało, dlaczego w ogóle zrobiliśmy tę fotę na Pulp Fiction. Otóż było tak, że Daga zrobiła sobie selfika w peruce z grzywką, no i oczywiście wyszło łał, wyglądasz jak bardziej przystojna Mia Wallace, zróbmy sesję. Ale akurat też tak się złożyło że była tuż po operacji kręgosłupa, więc miała opcję tylko leżeć albo stać i to niedługo, a także doła spowodowanego wymuszonym przez to brakiem aktywności - bo trzeba wam wiedzieć, że to bardzo aktywna dziewczyna jest. Wpadaj, mówię, zrobimy coś na leżąco, bez skojarzeń, albo na stojąco, okaże się. No i przywiózł ją Adam - na rozłożonym przednim fotelu, bo przecież siedzieć nie mogła8. I zrobiliśmy na leżąco. Makijaż też był robiony na leżąco, bardzo śmiesznie to wyglądało, mam dokumentację fotograficzną zdaje się, może kiedyś pokażę. Tak, że tego - kopiowanie cudzych prac może być też formą terapii, kto by się spodziewał, co?

1) usłyszałem to w Star Treku, ale zakładam, że to z jakiegoś klasyka. Wyjątkowo nie chce mi się szukać z jakiego, bo Star Trek jako źródło mądrości życiowej bardziej mi się podoba.
2) na przykład "With a little help from my friends" Lennona/McCartneya, którą większość mojego pokolenia kojarzy w wykonaniu Cockera z czołówki znakomitego skądkinąd serialu "Cudowne lata". 
3) wyobraźcie to sobie wypowiedziane tonem eksperta od moralności. Podwójnej zwłaszcza, jakiegoś księdza, albo polityka.
4) jak te karne kutasy za fatalne parkowanie, do przyklejania na szybę, złożone z setek cienkich pasków samoprzylepnego papieru, który się bardzo żmudnie odkleja. Zawsze mam ich parę przy sobie.
5) ale w wersji Downeya jra, nie Cubmberbatcha. Nie mam nic przeciwko Cumberbatchowi, rozumiecie, wręcz przeciwnie, stworzył najlepszą wersję Holmesa jaką widziałem, ale jednak bezpośrednia, brutalna fizyczność w wykonaniu Downeya bardziej do mnie przemawia.
6) takich jak mnie się ostatnio przydarzyła - zostałem oskarżony o kopiowanie samego siebie. Być
 może powinienem zaznaczyć, że to moje zdjęcie i je kopiuję od siebie.
7) a, zapamiętajcie sobie Camouflage, będzie o tym niedługo.
8) to bardzo niebezpieczne, nie róbcie tak, byle wypadek i połamie was na kawałki.

sobota, 31 grudnia 2016

Uroczyście postanawiam


 


Za dużo w głowie mam, za dużo w głowie mam
I spać nie mogę, kiedy myślę o tym
A myślę całe dnie
Że coś jest w głowie źle
Za dużo myśli naraz mam na myśli
Kuba Sienkiewicz "Za dużo w głowie".

Postanowienia noworoczne. Temat tak zgrany jak tłumaczenia, dlaczego nie udało się ich dotrzymać. Jeszcze nigdy sobie nie postanawiałem noworocznie tak zupełnie formalnie, na piśmie. Podobno zresztą gwarancją niespełnienia noworocznych postanowień jest ich spisanie, ale trudno. Rzucam wyzwanie Murphy'emu i Karmie.


Oto lista moich fotograficznych postanowień na rok 2017:


Pierwsze - wydać książkę o świetle. Chciałbym napisać, że jest już w dużej części napisana, ale to by było kłamstwo okrutne. Jest w powijakach. W połogu właściwie. Nawet, nie bójmy się tego powiedzieć,
używając modnego ostatnio słowa, w macicy.

Drugie - rozwinąć bloga i nadać mu choćby pozory regularności. Poza normalnym filozofowaniem, mam trochę pomysłów na wpisy, które odbiegają nieco od ustalonego klimatu. Myślę na przykład porozmawiać z kilkoma polskimi fotografami i zrobić z tego cykl, może nie wywiadów, ale pogaduch okołofocicznych. Oprócz tego chciałbym napisać parę słów o książkach związanych z fotografią, ale nie takich typowych, o tym jak robić zdjęcia, jakich teraz się pełno wydaje, w stylu McNally'ego, czy DuChemina, nawet niekoniecznie konkretnie o fotografii, ale zbliżonych tematyką. No i w końcu pociągnąć temat słynnych portrecistów, który kiedyś chciałem zrobić, a który skończył się na jednym wpisie o Hurrellu
1.

A propos jeszcze tych dwóch postanowień, ostatnio wpadł mi w oko esej o pisarstwie
2. Autorka proponuje prosty test na pisarza - żeby sprawdzić, czy masz jakiekolwiek zadatki na ten ciężki zawód, spróbuj przez trzydzieści dni pisać przynajmniej godzinę dziennie. Bez wymówek i odwlekania. Jeśli się uda, to jest szansa.

Trzecie fotograficzne postanowienie jest takie, że nie wydam ani grosza w tym roku na sprzęt. Pomijając rzecz jasna wypadki losowe, awarie i tym podobne. Oczywiście wydam wiele hajsu na klisze, wołanie, FP-100C, póki dostępne i tym podobne koszta utrzymania się w ruchu fotograficznym, ale nie kupię żadnego nowego aparatu, obiektywu, lamp, statywów, ani innych pierdół. Jestem w słabej finansowej kondycji i moja typowa, męska natura chomika wpędza mnie w problemy. Nie umiem się oprzeć okazji. Ale - w tym roku koniec.


Czwarte - zrealizować projekt, który noszę w głowie od kilku lat. A mianowicie
3 odtworzyć fotograficznie, z maksymalnym pietyzmem, obraz z okładki dodatku do pierwszej edycji D&D pod tytułem "Marvelous magic". Autorem tego dzieła jest Clyde Caldwell, który robił olbrzymią ilość rzeczy w tamtym czasie do D&D i później AD&D. Ambitnie mam zamiar maksymalnie dużo odtworzyć w realu, ale jak się nie da, użyć CG. Dlaczego akurat to? Nie mam pojęcia. Z D&D wiąże się wiele fajnych wspomnień, a ta okładka utkwiła mi w głowie4.

Tyle w tematach związanych z najlepszą ze sztuk. Jest jeszcze część druga postanowień, bardziej osobista i tu disklejmer: Jeśli interesują was tylko moje wypociny związane z filozoficznością fotografii portretowej (i nie tylko), tutaj zakończcie. Ostrzegam, dalej jest łzawo i ekshibicjonistycznie. Nie wiem w sumie, dlaczego to publikuję, dlaczego w ogóle to spisuję nawet nie wiem. Ale jest. Może natura Narcyza, może de profundis trochę wołanie. Ale czasem człowiek musi, inaczej się udusi, znacie to uczucie.


Jestem taki, jak wszyscy wokoło, ulegam zupełnie tym samym zmianom
Urodzę się kiedyś, tak samo jak inni i widzę przed sobą to samo
I czuję, że to przytrafia się wszędzie, mnie również musi się zdarzyć
Kuba Sienkiewicz "Wiem".

Rok miniony był bardzo zły dla mnie. I chociaż od razu spod palcy na klawisze ciśnie się, nie pierdol, są tacy co mają gorzej, wojny, choroby, głód, Trump prezydentem, to niestety, konstrukcja naszej mózgownicy jest taka, że nieszczęścia się nie stopniują. Jak cierpisz, to cierpisz. Mózgu nie przekonasz, że mogło być gorzej.


No to jeszcze raz. To był bardzo zły rok. Nałożyło mi się sporo niefortunnych wydarzeń na ogólnie otępiający kryzys wieku średniego
5. Najprościej byłoby chyba napisać, że pierwszy raz w życiu się złamałem. To jest specyficzne uczucie, złamania6. To uczucie, że jednak nie da się. Że koniec, można jeszcze próbować pozbierać, sklejać te kawałki, ale tak naprawdę nie ma "Cofnij", życiowego Ctrl-Z, już jest pozamiatane, po herbacie, finito, od dzisiaj puchatkowe "im bardziej inaczej tym bardziej tak samo" się odwraca. Jest tak samo, ale inaczej. To jest jak z butami zapastowanymi hydrofobiczną pastą7. Do czasu aż pasta się nie zetrze, można suchą stopą zasuwać przez kałuże, ale najmniejsze obtarcie i chłoną jak gąbka.

Więc było źle. A co gorsza, zdaję sobie sprawę, że na pytanie "kiedy będzie lepiej", może być tylko jedna prawdziwa odpowiedź - "już było".

Dodatkowo, na to miażdżące uczucie, które sprawia, że otwarcie oka rano jest nadludzkim wyczynem, że proste czynności, zawiązanie buta, wyjęcie czystych gatek z szuflady, staje się osobistym wejściem na K2 południowo zachodnim filarem, nakłada się fizyczny aspekt nadchodzącej starości - jeszcze nie teraz, jeszcze parę lat, ale cień już pada, oddech krótszy, refleks słabszy, włos przerzedzony, broda posiwiała.

A jeszcze nad tym wszystkim, na samej górze, jest strach. Strach nie przed starością, chorobami, czy nawet śmiertelnością, której szanse w moim wieku wynoszą około 5%8. Nie taki strach. Inny. Strach przed byciem takim samym jak wszyscy. Przed tym powolnym zapadaniem się w siebie, na które patrzę u swoich kolegów z podobnego rocznika. Nad osadzeniem się w bezpiecznym rytmie, bujaniem się w cyklu, parafrazując Fatboya Slima - "eat, shit, sleep, repeat". To co mnie przeraża naprawdę, to że kiedy świecę lampą błyskową wspomnień na minione dni, wywołują się obrazy tak bardzo standardowe, zwyczajne, takie same. Że żarty z pracy, małżeństwa, życia erotycznego po czterdziestce nabierają nowego, słodko-gorzkiego brzmienia.

No i tu moje postanowienie w końcu. Bo widzę dwie drogi tylko. Albo przyjąć na klatę, że tak już jest. Że nie ma zmiłuj, wszyscy wędrujemy tą samą ścieżką, od narodzin, do piachu. Albo się zbuntować. Cisnąć się, bez celu i sensu, drapać pazurami i wyć, niezależnie od świadomości, że to nic nie da. Dylan Thomas, nie mylić z Bobem Dylanem, napisał piękny wiersz na ten temat, zatytułowany "Do not go gentle into that good night". Sugeruję sobie odszukać9.

Zatem, moje postanowienie jest takie, że będę się ciskał. Na przekór nieuniknionemu. Zobaczymy. Cynizm, który na własną zgubę wyhodowałem u siebie, mówi, że ten bunt to też nie jest nic szczególnego. Ot, staremu odpierdala. Jeszcze jeden objaw kryzysu wieku średniego. I na pewno ma rację. Nihil novi, skoro nawet wiersze o tym piszą. Ale decyduję się odrzucić ten głos. Trudno. Jeśli coś mi ten rok dał, to gniew pod cieniutką warstewką opanowania. Słowiański wkurw. Jest go tam dużo i prędzej, czy później muszę coś z nim zrobić, przyszły rok będzie na to równie dobry, jak poprzednie. Jeśli mam iść tą samą drogą, co wielu przede mną, niech to chociaż nie będzie droga totalnej przeciętności. Chociaż odrobinkę niech zboczę z szaro-szarego.

Zauważcie, nie postanawiam, że będę lepszym człowiekiem. Wiele tego, co mi się trafiło, wynika bezpośrednio z tego, że jestem niedobrym człowiekiem. Karma, można by powiedzieć, nie ma litości. Ale próbowałem już być lepszym i uwierzcie mi, satysfakcja z moralnej wyższości wcale nie pomaga na obity tyłek. Lepszy nie będę. Gorszy, na pewno. 

No a drugie niefotograficzne postanowienie to mam takie, że się nauczę francuskiego. Ładny język, a ja lubię ładne rzeczy. Może hiszpańskiego też. Jakbyście mieli namiar na sensowny kurs, ale taki porządny, bez dopisku "dla idiotów", albo "w dwa tygodnie", to dajcie znać.

 
No, to do zobaczenia w przyszłym roku.

1) tutaj.
2)
dzięki nieocenionemu Mike'owi Johnstonowi i jego The Online Photographer. Książka w której ten esej się znajduje, to "This is the story of a happy marriage" autorstwa Ann Patchett
3) tylko się nie śmiejcie.
4) oprócz tego pai jest ubrana, co akurat jest rzadkie w okładkach RPG.
5) z którym nie jestem sobie w stanie poradzić w tradycyjny sposób, kupując Porsche i biorąc kochankę. Na Porsche mnie bowiem nie stać, a kobieta obca jest mi zupełnie zbędna, dość mam ubawu ze swoją.
6) nie załamania, zauważcie. Załamanie towarzyszy mi nader często, wystarczy że otworzę telewizor i spojrzę na te gęby nasze polityczne, żeby się załamać kompletnie.
7) jeśli nie wiecie, o co chodzi, wyguglajcie sobie "hydrofobizacja butów". Mózg zlasowany gwarantuję.
8) przywołując D&D, z grubsza rzecz biorąc, jak rzucę 1 na d20, to po ptakach.
9) a jak wam się nie chce, to proszę:

Do not go gentle into that good night,
Old age should burn and rave at close of day;
Rage, rage against the dying of the light.

Though wise men at their end know dark is right,

Because their words had forked no lightning they
Do not go gentle into that good night.

Good men, the last wave by, crying how bright

Their frail deeds might have danced in a green bay,
Rage, rage against the dying of the light.

Wild men who caught and sang the sun in flight,

And learn, too late, they grieved it on its way,
Do not go gentle into that good night.

Grave men, near death, who see with blinding sight

Blind eyes could blaze like meteors and be gay,
Rage, rage against the dying of the light.

And you, my father, there on the sad height,

Curse, bless me now with your fierce tears,
I pray. Do not go gentle into that good night.
Rage, rage against the dying of the light.

Dla lingwistycznie upośledzonych, znakomity przekład nieodżałowanego Barańczaka:


Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy,
Starość u kresu dnia niech płonie, krwawi;
Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy.

Mędrcy, choć wiedzą, że ciemność w nich wkroczy -

Bo nie rozszczepią słowami błyskawic -
Nie wchodzą cicho do tej dobrej nocy.

Cnotliwi, płacząc kiedy ich otoczy

Wspomnienie czynów w kruchym wieńcu sławy,
Niech się buntują, gdy światło się mroczy.

Szaleni słońce chwytający w locie,

Wasz śpiew radosny by mu trenem łzawym;
Nie wchodźcie cicho do tej dobrej nocy.

Posępnym, którym śmierć oślepia oczy,

Niech wzrok się w blasku jak meteor pławi;
Niech się buntują, gdy światło się mroczy.

Błogosławieństwem i klątwą niech broczy

Łza twoja, ojcze w niebie niełaskawym.
Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy.
Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy.

środa, 20 lipca 2016

Instant epitafium


- będziesz codziennie dostawał dwie dychy, żebyś miał na jakieś pamiątki, frytki czy co tam będziesz chciał.
- pamiątki?
- no, na przykład pocztówkę będziesz mógł kupić.
- pocztówkę?
- no, pocztówkę.
- a co to jest pocztówka?
- ...
autentyczna rozmowa z moim synem przed wyjazdem na kolonie

No i przypomniałem sobie tę drugą rzecz fajną w starości, wiecie, tę o której zapomniałem we wpisie o mimozach fotograficznych.
Słuchajcie.
W starości drugą rzeczą fajną jest to, że człowiek już wszystko widział. Trudno go zaskoczyć, trudno zawstydzić, trudno oszukać. Słowami wieszczki Maryli, "ale to już było".
Pomijając fakt, że człowiek widział jak przychodzą i odchodzą nowi politycy1, księża, milicjanci i złodzieje, wszyscy tacy sami, długi życiorys oznacza, że widział jak przychodzą nowe technologie, a stare odchodzą w zapomnienie. Zwłaszcza w ostatnim półwieczu ten proces daje czadu. Pamiętacie jeszcze jak się fotografowało wszystko kliszakiem i nikt tego nie uważał za coś szczególnego, kliszę się wywoływało na rogu w 45minut razem z odbitkami 10x15? Rok mniej więcej 2000? Teraz szczęście jak się znajdzie laba w którym jeszcze klisze potrafią wywołać, a cud jak w ten sam dzień2...
Nowe przychodzi, stare odchodzi, naturalna kolej rzeczy. Ale ekstremalnie rzadki jest przypadek, kiedy stare odchodzi zupełnie i całkowicie. Właściwie zawsze można wrócić. Są nisze, w których stare techniki mają się świetnie i dotyczy to nawet naprawdę starych. Kolodion na przykład, na który chwilę temu był taki szał, to jedna z najstarszych technik fotograficznych, a można sobie bez problemu sprawić sprzęt, chemię, znaleźć warsztaty, informacje w sieci i robić. Kodachrome odszedł, ale są inne slajdy. I tak dalej, zawsze coś jest.
Dobra, teraz to na stopro się zastanawiacie, o czym ten ekstraordynaryjny dzisiaj bredzi.
Ano o Fuji, kończącym produkcję ostatnich filmpacków typu 100. Dlaczego? Ano dlatego, że mamy tu do czynienia z wyjątkiem od reguły nisz. Technologia produkcji tego materiału jest tak skomplikowana, że nie ma nikogo, kto by był w stanie się jej podjąć3. To jest faktyczny koniec. Nie będzie tutaj tak, jak się stało przypadku filmpacków typu 600, które udało się ocalić od kompletnej zagłady w ostatniej chwili4.
Oczywiście, jeszcze parę lat będą dostępne, w coraz wyższych cenach. Ale nowych nikt nie będzie robił5.
Koniec
Finito
Ende
Te wszystkie kasety do średnich aparatów, Polaroidy takie jak ten, który Roksana dzierży w rączkach na zdjęciu powyżej, wszystko stanie się bezużytecznym złomem.
Jest to dziwnie smutne. Nie tylko dlatego, że odchodzi technika, którą lubię i uprawiam. Także dlatego, że nie lubię, kiedy wszechświat daje mi do zrozumienia, że czas płynie nieubłaganie i nic się nie wróci. Także dlatego, że nowe pokolenia nie będą miały tej kosmicznej frajdy z czekania aż się wywoła i tego magicznego momentu odklejania negatywu od odbitki.
Świat zrobił się uboższy o fajną, namacalną rzecz, a bogatszy o Pokemon Go. Dla mnie słaba wymiana

PS. Mam teraz focha na Fujifilm. Wiem, że to nieracjonalne, ale nikt mnie nigdy jeszcze nie oskarżył o racjonalizm. Nie kupię sprzętu, nie kupię klisz6, będę odradzał zakup gdyby kogoś podkusiło. Zemsta ekstraordynaryjnego. Żałosna, ale zawsze.

1) to jest swoją drogą ciekawe, bo ta fajność nie jest wprost proporcjonalna do wieku. Do pewnego czasu rośnie, to znaczy, człowiek kilka razy sparzy się na polityce, czy religii, zaczyna widzieć, że to wszystko jedna wielka ściema i skok na kasę/sławę/władzę, niepotrzebne skreślić. A potem ta świadomość zanika, nadchodzi demencja i znowu się daje nabierać posłom i biskupom jak dziecko. Wysyła pieniądze na partię, głosuje, zapisuje księdzu w spadku mieszkanie... Ja czuję że jestem w szczytowym momencie, zaraz zacznę głupieć, więc czytajcie póki jeszcze umiem złożyć dwa zdania do kupy.
2) za to jedną z wielu niefajnych rzeczy w starości jest ten nieznośny pęd do wspominek. Kiedyś to było fajnie panie, nie to co teraz. Gówno prawda dziadku, po prostu mózg woli pamiętać fajne, wymazać niefajne. Dodatkowo za każdym razem kiedy sobie coś wspominamy, tracimy to wspomnienie, a na jego miejsce wchodzi nowe wspomnienie, o tym wspomnieniu. Następnym razem to już tylko wspomnienie o wspomnieniu i ono zostaje zamienione na wspomnienie o wspomnieniu o wspomnieniu. Brzmi dziwnie? Wyguglajcie sobie jak działa mechanizm wspomnień, warto.
3) jeśli nie wierzycie, zajrzyjcie na bloga new55 i poczytajcie jakie trudności są z produkcją dużo prostszych polaroidów 4x5.
4) chociaż w tragicznie, okropnie, fatalnie okaleczonej i bardzo drogiej postaci, produkuje je nadal Impossible Project.
5) tylko proszę, nie linkujcie do różnych miejsc i firm, które deklarują podjęcie produkcji. Nie. To tylko pusta gadka. Pamiętajcie, jestem stary, słyszałem już różne deklaracje i umiem rozróżnić, kiedy jest szansa a kiedy tylko smutna walka bez szans na powodzenie.
6) oprócz Instaxów. Szlag by trafił, nawet focha nie mogę mieć stuprocentowego, bo nikt inny nie produkuje Instaxów...

sobota, 16 lipca 2016

Fotografuję za darmo

In God We Trust


"Nikt nie będzie mi mówił, jak mam żyć"
Tony Montana

Wpiszcie to sobie w Google: "Nie fototografuję za darmo".
Nikt nie chce fotografować za darmo, a jednak powstało tyle postów na blogach, artykułów w onlinenowych magazynach, nawet grupa o tej nazwie, że wujek Google zwraca ponad milion wyników.
Te artykuły, wpisy, posty, można podzielić z grubsza na dwie kategorie - obśmiewające i edukujące. W obśmiewających zazwyczaj jest link do jakiegoś ogłoszenia typu "szukam fotografa na ślub/chrzciny/imprezę, który zgodzi się zrobić foty za darmo/do portfolio/za wałówkę1", po czym jeździ się po autorze tego ogłoszenia w komentarzach.
W edukujących można przeczytać z reguły historyjkę jak to do znanego i cenionego fotografa zwrócił się jakiś janusz polskiego biznesu z propozycją zrobienia mu zdjęć za jak wyżej, oraz przydługi i z reguły nieskładny wykład, dlaczego jest to straszliwa zbrodnia.

W tym miejscu disklejmer: Nie zajmuję się fotografią zawodowo. Nie byłbym w stanie udźwignąć budżetu domowego robiąc portrety tylko pięknym kobietom, a nie chcę sobie zohydzić pasji. Więc swoją średnią wyrabiam jako drukarz2. W związku z tym moja ocena tego tematu może być nieco bardziej obiektywna od oceny ludzi, dla których kasa za zdjęcia jest condicio sine qua non następnego obiadu.

Przez te wszystkie teksty przebija wielki płacz. Płacz o nieuczciwej konkurencji, o klientach potworach i w ogóle o ciężkim życiu.
W fotografii nie ma kokosów. Jest bardzo, bardzo niewielu fotografów, którzy naprawdę zarabiają duże pieniądze. To wynika chociażby z tego, że fotografia jest jednym z nieskalowalnych zawodów3. Jest skończona ilość weekendów w roku w których można zrobić śluby, nawet za grubą kasę. Nie da się zrobić więcej niż ileśtam imprez rocznie, nawet jeśli będzie się miało nieskończoną pulę zleceń4. Troszkę można pokonać ten problem robiąc sztukę, ale to są ekstremalnie rzadkie sytuacje5.
Za to kandydatów na fotografa jest legion. Każdy dzisiaj za w miarę niewielką kasę może nabyć zestaw, którym bez problemu zrobi znakomity reportaż, portret, czy pejzaż. Nie jest problemem wziąć kredyt nawet na najbardziej wypasiony sprzęt. Problemem są umiejętności, ale jest tak duża grupa tych potencjalnych zawodowców, że wśród nich znajdzie się dużo więcej tych utalentowanych, niż jest w stanie wykarmić rynek zleceń premium.
W wielu artykułach jest poruszany temat "psucia rynku". Rynku nie da się popsuć. Rynek rządzi się prawem popytu i podaży. Jeśli propozycje robienia zdjęć za darmo są takim problemem, to znaczy że podaż usługi jest za duża. Nie da się tego przeskoczyć. Nie da się zabronić ludziom dawania ogłoszeń na darmowe zdjęcia, ani zabronić fotografom podejmowania się takich zleceń.
Drugim argumentem, który przewija się nieustannie jest ten o januszach fotografii, którzy podejmują się zleceń za grosze, bądź za darmo i tworzą chałę, odbierając prawdziwym zawodowcom zlecenia, które oni by zrobili znacznie lepiej. Tutaj działa ten sam mechanizm, co w przypadku uchodźców odbierających miejscowym pracę6. Skoro byle fotoziutek odbiera zawodowcom zlecenia, to może ci zawodowcy nie są aż tak dobrzy jak im się wydaje? Może jednak czas rzucić aparat i zabrać się za kielnię?
Nie jest to też sytuacja, która może się zmienić. Ilość ludzi, którym się wydaje że fotografia to łatwy kawałek chleba będzie tylko rosła, w miarę jak technologia robi się coraz bardziej dostępna. A wraz z tym będą spadać ceny.
Dlaczego w ogóle zadaję sobie wysiłek pisania tego wszystkiego?
Bo odrzuca mnie użalanie się nad sobą, a tym właśnie są te wszystkie oburzone "Nie fotografuję za darmo. Najgorszą rzeczą jaką można zrobić, najbardziej kalekim sposobem na poprawę własnej sytuacji, jest szukanie rozwiązania na zewnątrz. To jest ten mechanizm, który każe winą za własne niepowodzenia obarczać każdego, tylko nie siebie. Oni są winni. Te wszystkie fotoziutki feszynu, robiące sesje po pięć dych na maxmodels.
Rynek jest trudny i żeby się przebić, trzeba kombinacji umiejętności, szczęścia i znajomości. Płacz nie przystoi dorosłemu facetowi. Zamiast więc stękać, wyśmiewać i pałać oburzeniem, weź się do roboty. Nie mów innym, jak mają żyć - nie masz zupełnie nic do powiedzenia w tej kwestii.
A jak nie, to budowlanka naprawdę jest dobrym rozwiązaniem. Zero odpowiedzialności, kasa przyzwoita i można chlać w godzinach pracy. Żyć nie umierać.

1) niepotrzebne skreślić.
2) co skądinąd daje mi niezły ubaw przy czytaniu wszelkiej maści rewelacji głoszonych przez zawodowych fotografów w temacie zarządzania kolorem i drukowania.
3) w wielkim skrócie, nie da się zwiększać cen za zdjęcia w nieskończoność. Jest pułap powyżej którego nawet najbogatszy klient się wypnie.
4) a nikt nie ma nieskończonej puli zleceń poza tymi nielicznymi z wielkimi nazwiskami, którzy jak to nieliczni, się nie liczą.
5) jedno tylko zdjęcie kartofla, jedno pustego brzegu rzeki. Kwestia niezwykłego szczęścia.
6) jeśli człowiek bez języka, kontaktów i umiejętności jest w stanie odebrać ci pracę, to może jesteś po prostu głupi?

wtorek, 12 lipca 2016

Fotovoodoo

Siedem
Prześladują mnie sponsorowane wpisy z różnych fanpejdżów stron poświęconych sprzętowi hi-fi. Nie mam pojęcia dlaczego, w domu nie mam nawet zwykłego odtwarzacza CD, muzyki słucham ze słuchawek z kompa, albo telefonu. W każdym razie od czasu do czasu zdarza mi się kliknąć w te linki, które prowadzą zawsze do recenzji jakiegoś ekstremalnego zestawu audio.
Oglądaliście może kiedyś "W paszczy szaleństwa" Carpentera? Bardzo przyzwoity horror o pisarzu, którego książki zaczynają wpływać na czytelników i rzeczywistość w nie do końca pozytywny sposób1.
Dokładnie takie mam wrażenie, czytając te recenzje. To jest jak poezja szaleńca. Gąszcz zdaniowy w którym gubi się wszelkie znaczenie i kontekst. Strumień świadomości autora, który musi napisać coś pochlebnego o sprzęcie za dziesiąt tysięcy złotych, bo firma płaci za recenzję, ale co jeszcze można napisać, skoro wcześniej najbardziej piętrowe peany wyśpiewało się na temat czegoś o parę tysięcy tańszego?2
Autor recenzji tworzy własną rzeczywistość, w której prawa fizyki i akustyki obowiązują jedynie na tyle, by dostarczyć powodów do zachwytu nad recenzowanym sprzętem. W jednej z ostatnich recenzji przeczytałem z pewnym osłupieniem, że wzmacniacz zmienia obwiednię dźwięku3 i to jest jego ogromna zaleta4. Nawet jak na recenzję sprzętu audio jest to srogi wyskok. Najbardziej bezpośrednie porównanie, które mogę tu przywołać dla tych z was którzy nigdy nie mieli do czynienia z programowaniem dźwięku: Wzmacniacz, który potrafi zmieniać obwiednię instrumentu, to jak telewizor, który potrafi zmienić porę roku w wyświetlanym filmie.
Kiedyś dawno temu była taka strona, audiovoodoo, która nieustająco naśmiewała się z takich kosmicznych rewelacji, a także z różnych niesamowitych sprzętów, które kupują audiofile w nadziei na osiągnięcie nirwany dźwięku idealnego5. Magiczne kamienie, które położone na gramofonie poprawiają barwę muzyki, podkładki pod przewody, które tłumią drgania wywołane prądem w tych przewodach płynącym, kierunkowe przewody elektryczne, w których sygnał lepiej przenosi się w lewo, niż w prawo, cudowne mazaki do zamalowywania krawędzi płyt CD i inne takie.
O audiofiliźmie jako jednostce chorobowej można by pisać długo, ale pewnie się zastanawiacie, jaki to ma związek z fotografią.
Otóż głęboki. Bo w fotografii też mamy ten typ. Ten typ recenzji, ten typ podejścia do tematu. Wystarczy przez jakiś czas pokręcić się w środowisku fotografującym, poczytać fora, grupy, strony z recenzjami sprzętu, by trafić na te same, beznadziejnie puste fantazje. O magicznych właściwościach starych, radzieckich konstrukcji. Albo wybitnym bokehu, generowanym wyłącznie przez szkła niemieckie - i nie, to nie jest żart, gość naprawdę tak z pełnym przekonaniem głosi. Albo wspaniałym mikrokontraście. Czy innych takich. Wszystko to jest poparte najczęściej zdjęciami co najmniej mizernymi. Ale nawet jeśli fotografie przykładowe są wybitne, to i tak zostawiają człowieka skrobiącego się z zakłopotaniem w głowę - okej, fota świetna, ale gdzie tu zasługa tego ruskiego złomu? To jest do tego stopnia powszechne, że nawet ludzie robiący naprawdę fotografię na poziomie, przypisują zasługę magicznym właściwościom swojego sprzętu.
Oczywista, można zrozumieć, że jeśli ktoś lubi obwarzankowe bokehy to kupi sobie lustrzany obiektyw i będzie z tych kółek tworzył fajne obrazy. Ale to nie jest jakaś tajemnicza magia, jakieś nieuchwytne modżo. To jest wykorzystanie sprzętu. Jak młotka, o którym pisałem kiedyś tam.
Więc nie bawcie się w fotovoodoo. Nie róbcie obiektu kultu ze sprzętu. Nie dopisujcie Heliosowi 85 1.5 mistycznych właściwości, bo nie stać was na Canona 85 1.2L, czy tam Minoltę 135 2.8 STF.
Oczywiście, producenci sprzętu fotograficznego, podobnie jak grającego, bardzo chętnie wykorzystują ten pęd do nadprzyrodzonego w fotografii. Wypuszczają różne potworki w stylu Lomo Petzvali, albo odświeżonych trioplanów. Szkieł, których produkcji zaprzestano, bo są zwyczajnie kiepskie. Ale skoro znajdzie się klient, który w dodatku będzie piał z zachwytu i niósł kaganek fotograficznego voodoo w lud spragniony osiągnięcia efektu instagrama na sprzęcie za wiele tysięcy złotych - czemu nie, prawda? Kto bogatemu zabroni.
Nie dajcie sobie strugać kołków na głowie magicznymi obiektywami. Tak naprawdę macie to voodoo w środku. Młotek to tylko narzędzie.
Nota bene, zdjęcie na górze zrobione tym magicznym Heliosem. Nigdy więcej. Nie dlatego że jest to kiepskie szkło6, ale dlatego, że poza pokraczną obsługą i kolosalnym ciężarem nic nie wnosi.
Do jutra. Może w końcu zabiorę się za ten autoportret.

PS. A propos Carpentera jeszcze. Wiedzieliście, że oprócz reżyserowania pisał też muzykę do swoich filmów? Ostatnio wydał dwie fajne płyty, z muzyką z filmów, których nie nakręcił. Solidna elektroniczna muza. Nie dla audiofili rzecz jasna.

1) jak książki coachingowe zupełnie. Nic tak nie rujnuje życia jak coaching.
2) bo kto by się spodziewał, że producent wypuści jeszcze bardziej przerażająco veblenowski model?
3) w dużym skrócie, jeśli nie wiecie, obwiednia dźwięku określa sposób w jaki jego amplituda zmienia się w czasie. Obwiednia i kształt fali to podstawowe parametry syntetycznych brzmień.
4) na stronie highfidelity.pl. Polecam wszystkim, których fascynuje literatura surrealistyczna.
5) to jest to, co różni audiofila od melomana. Meloman to miłośnik muzyki, audiofil to miłośnik sprzętu grającego. Audiofile nawet dobierają sobie muzykę, pod sprzęt który kupili. Serio, serio.
6) a jest, o jest, nawet bardzo.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Mimozy

Przeanalizuj to!
Miał być autoportret holyłódzki, ale cierpliwości. Jeszcze mi się koncept zmienił i muszę dopiąć.

Dzisiaj o zupełnie czym innym. Mianowicie, między innymi, o starości.
Otóż, jak zapewne jeszcze tego nie wiecie1, starość składa się z prawie samych wad. Człowiek robi się zmęczony, mrukliwy i ogólnie dziadzieje. Burczy, furczy i co chwila musi do kibla. Trzyma zęby w szklance i zaczyna się rozglądać za pieluchami dla dorosłych. Ogólnie nic ciekawego.
Jest jednak malutki promyk światła na tle zachmurzonego nieboskłonu starczej nędzy2. Rośnie człowiekowi dupa. Metaforyczna rzecz jasna3.
Ten metaforyczny odbyt, to jest znakomite miejsce na umieszczanie rzeczy, których nie lubię. Rzeczy, które mają znikomy do żadnego wpływ na cokolwiek, co mnie dotyczy. W miarę upływu czasu człowiek dochodzi do wniosku, że znakomita większość rzeczywistości, którą się przejmuje, nie jest warta splunięcia. Co inne sobie o mnie pomyślą, co ludzie powiedzą. To nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy, cytując Łonę. Odrzuca się to wszystko, jak stary naskórek. Można się skupić na swoim.
Co to ma wspólnego z fotograficznymi filozofiami, słyszę jak pytacie chórem4.
Jakoś tak ostatnio mi się złożyło, że mi się żalą ludzie fotograficzni, których znam i lubię. Że ktoś im pojechał po fotach, a że bana dostali, a że przyczepił się do nich jakiś fotohejter i komentuje nieprzychylnie, a że modelka nie przyszła na sesję, a że kurwa deszcz pada. Samo w sobie zdumiewa, że akurat mnie się żalą, dziadowi wrednemu, ale okej.
Odsyłam do moich wpisów o krytyce zazwyczaj5, jakoś chyba nie dociera.
Postanowiłem więc zrobić krótki rekonesans i od jakiegoś czasu sobie na różnych fotograficznych miejscach, głównie na fejsbuku pozwalam na mało eleganckie prztyczki w stronę zdjęć ludzi, których nie znam6. Czysty trolling. I obserwuję reakcje.
Muszę powiedzieć, że są rozczarowujące. W znakomitej większości - obrażanie się, łzy i różne przykre słowa.
Widzieliście kiedyś mimozę? To taka niepozorna roślinka, która reaguje na dotyk, składając liście. Haptotropizm7. Z tego powodu stała się ona synonimem nadwrażliwości u ludzi.
Nie zrozumcie mnie źle. Nie ma nic złego we wrażliwości. Wręcz przeciwnie, bez wrażliwości nie ma sztuki. Trzeba tylko tę wrażliwość skierować we właściwą stronę. W stronę rzeczy, które robicie. Nie w stronę ludzi, którzy to komentują.
Wracając do początku wpisu - skierujcie się wrażliwością w stronę sztuki, a tyłem w stronę rzeczy, które nie mają nic wspólnego z waszymi zdjęciami.
Bądźcie jak ten motylek słynny.
Miejcie to w dupie.
Bądźcie w tej kwestii mentalnymi starcami.
Odrzućcie stary naskórek.
Dam wam może jeszcze praktyczny przepis, jak sobie radzić z męczącymi komentatorami, krytykami i innej maści trollami.
Przede wszystkim, przede wszystkim, styl. Styl ponad wszystko. Nie ciskać się, nie bluzgać, nie płakać. Trzymać fason.
Kiedyś interesowałem się teatrem improwizowanym8. To jest taka forma teatru, w której nie ma scenariusza, aktorzy realizują jedynie bardzo ogólnie nakreśloną fabułę. O ile w ogóle. Pomyślcie o "Spadkobiercach", to jest właśnie to.
Podstawą dobrego teatru improwizowanego jest flow. A dobry flow polega na tym, że aktorzy sobie nie przeczą. Przechodzą z jednej kwestii do drugiej płynnie, unikają stopowania dialogu twardym "nie".
Na tej samej zasadzie można sobie radzić z trollem. Nie ciskać. Nie przeczyć. Zgodzić się. Zejść na ten sam poziom, czyli zazwyczaj wczesnego przedszkola. I odwrócić role, samemu stać się trollem.
Przykład:
"Twoje zdjęcie jest kiepskie, bo ma kompozycję słabą i kadr bez sensu i w ogóle nie jest z pełnej klatki na pewno, ani analogowe"
"Tak, możliwe że masz rację, niestety jednak nie mogę przyjąć twojej krytyki, bo przejrzałem twoje portfolio i nie wydaje mi się, żebyś był na poziomie fotograficznym, który by cię upoważniał do pisania krytyki pod cudzymi zdjęciami. Ale dzięki, że się starasz być pomocnym."
To jest taka prymitywna, banalna, sztuczka retoryczna, ale zawsze działa, sto procent. Niezależnie, czy stracicie czas faktycznie przejrzeć to portfolio, ani czy ono jest dobre, czy tam słabe. Działa niezawodnie. Od tego miejsca role się odwracają. Efekt jest taki, jakby ktoś nadepnął na kota. Wrzask i machanie łapami. Dlaczego? Ponieważ ludzie, którzy piszą te komentarze, w większości znakomitej są takimi samymi mimozami. Krytykują, maskując własną niepewność. Ludzie, którzy są spokojni co do swoich dzieł, nie tracą czasu na wmawianie sobie, że inni są gorsi.
Ćwiczcie.
Teraz idę zabijać grubasa, żeby moje fizyczne dupsko nie zrobiło się większe od metaforycznego.
Do jutra.

1) ale prędzej czy później, obiecuję.
2) no, dwa. O jednym będzie dalej, a ten drugi to zapomniałem. Jedną z wad starości jest krótka pamięć, czasem tak krótka że zaczynając przypis zapominam o czym miał być.
3) chociaż patrząc na żałosną kondycję naszego wspaniałego narodu, ta prawdziwa też.
4) wszyscy trzej co moje wynurzenia śledzicie. Pozdrawiam przy okazji.
5) których parę popełniłem przecież w tym celu właśnie, żeby się nie powtarzać przy każdej okazji.
6) żeby nie było, że jestem kompletnym członem dodam, że wybieram zdjęcia słabe, które na nic lepszego nie zasługują.
7) mój mózg to totalny śmietnik informacji bezużytecznej w dobie Wikipedii.
8) jak wyżej. Śmietnik w mózgu.

piątek, 17 czerwca 2016

Czarne łabędzie, albo ornitologia przypadku



Dużo ostatnio czytam o tym, jak to bardzo ważne robić kadry przemyślane i zaplanowane. Jak to na przykład analogowa fotografia jest lepsza bo eliminuje fotografowanie na spontanie i łapu capu1.
Mamy w głowie taki schemat, ewolucyjnie oczywiście uzasadniony, że przypadek to zło. W życiu pierwotnego człowieka nie ma miejsca za dużo na myślenie o przypadkowości egzystencji, trzeba się skupić nad sprawami bieżącymi. Piorun trafił w drzewo? Nie będę teraz medytował nad istotą wyładowań elektrostatycznych w atmosferze, bo goni mnie tygrys szablozębny. Uznajmy że to znak od boga i przejdźmy dalej. Umniejszamy przypadkowi. A przypadek jest królem. Pomyślcie tylko, gdziekolwiek teraz jesteście, czytając te słowa. Z ekranu kompa w domu. W Starbucksie z bajeranckiego MacBooka sącząc frappe latte. Siedząc na kiblu z tabletem w dłoni2. Spróbujcie sobie wyobrazić, jak niesamowity ciąg zbiegów okoliczności doprowadził was do tego miejsca. Że zainteresowała was fotografia, że w ogóle istniejecie, bo wasi wapniacy się gdzieś tam spotkali bliżej, jak zwierzątko do zwierzątka, że w ogóle powstali wasi staruszkowie i tak dalej, do pierwszej kreatury, co nie mogła się zdecydować, czy chce być rybą, czy płazem, wypełzającej na brzeg praoceanu. I w ogóle jeszcze dawniej, aż do wielkiego wybuchu. Niewiarygodny, nieprawdopodobny, niemożliwy do oszacowania liczbowo ciąg przypadków, a na końcu gość siedzi na klopie i czyta blog niespełnionego portrecisty. A najlepsze, że jest to ciąg, który zaistniał. Chociaż myślimy, nieprawdopodobny, to nie. Jego prawdopodobieństwo jest jeden. Nie sposób się nie zawiesić myśląc o takich rzeczach, dlatego jesteśmy wyposażeni w system antyzdziwieniowy. W głowach porządkujemy sobie chaos rzeczywistości, próbujemy sobie je tłumaczyć, przeznaczeniem, religią, albo innymi głupotami. Nie potrafimy udźwignąć ciężaru przypadkowości życia. Mówimy sobie "nic nie dzieje się bez przyczyny", mimo wręcz przytłaczającej ilości dowodów na to, że masa rzeczy, większość rzeczy, dzieje się zupełnie bez przyczyny. Wszędzie widzimy działanie wrednego bóstwa, które nie ma nic lepszego do roboty niż spychać wróble z gałęzi3. Dlatego chcemy tej kontroli, pewności, że wszystko idzie jak należy, zgodnie z planem. Otóż, szoker. Rzeczy dzieją się bez powodu. Małe dzieci dostają raka. Źli ludzie wygrywają w totka. Przypadkowi ludzie zostają fotografami i robią portrety pięknym kobietom. Nikt tego nie planował i nic, absolutnie nic nie da się na to poradzić. Poważnie.
Terminem, który najlepiej określa rozwój portrecisty4, jest czarny łabędź. Jeśli interesuje was dokładnie co to jest, odsyłam do lektury książki "Czarny łabędź. O skutkach nieprzewidywalnych zdarzeń" autorstwa Taleba Nassima Nicholasa5. Polecam, bo chociaż napisana zupełnie bez polotu, jest ogromnie fascynująca.
W wielkim skrócie czarny łabędź to wydarzenie, którego nastąpienia nie można przewidzieć, a które ma daleko idące konsekwencje. Na przykład, przez miliony lat naszą planetą władały dinozaury i żaden dinozaurzy naukowiec nie mógłby przewidzieć, że z nieba spadnie wielki kamień i na Ziemi zapanują ludzie. Dwa stulecia temu futurolodzy zapowiadali, że miasta utoną w końskim łajnie, bo nie mogli wyobrazić sobie samochodu. Parę lat temu nie mogłem sobie wyobrazić, że można fotografować bez softboksa, aż przypadek, którego nie mogłem przewidzieć przecież, sprawił że przestałem go zupełnie używać6. Mam całą serię takich czarnych łabędzi od początku mojej obsesji kobiecym portretem, między którymi rozległa przestrzeń się rozciąga zdjęć bardzo równych poziomem. Pierwszy portret kobiety, tak na próbę, przypadkowo. Pierwszy portret obcej kobiety, przypadek całkowity, koleżanka mojej lepszej połowy. Pierwszy portret obcej pięknej kobiety, znowu przypadek, siostra koleżanki mojej lepszej połowy, oświecenie, trzeba fotografować nie każdą, tylko te piękne7! Przypadek bez softboksu, wow. Przypadek analogowej fotografii. Przypadek, absolutny przypadek odkrycia tilta jako podstawowej techniki pracy z kadrem i nabycie najlepszego aparatu świata8. Przypadek odkrycia lampy pierścieniowej. To są właśnie czarne łabędzie. Rzeczy których nigdy bym nie doświadczył, gdyby moje sesje były zawsze idealnie zaplanowane i przeprowadzone.
Dlatego śmiejcie się z ludzi, którzy coś tam paplą o przemyśliwaniu wszystkich kadrów. Myśleć trzeba, ale nie doprowadzać się do obsesji. Bo z tego tylko nerwice natręctw. Dajcie szansę czarnym łabędziom. Kupcie sobie Lomo albo coś.
Do następnego. Będzie o autoportrecie na plakat hollywoodzkiej superprodukcji.
A zdjęcie na górze, to jest właśnie z tej pierwszej sesji w której odkryłem, że tym pięknym kobietom najbardziej warto robić zdjęcia. Weźcie to sobie do serca.
Narka.

1) powód jak wygrzebany spod jajec trenera niemieckiej reprezentacji. Analogowa fotografia jest lepsza i tyle, nie trzeba wymyślać durnowatych uzasadnień. Których też ostatnio pełno wszędzie, muszę sobie zakontować - napisać posta o gościach, którzy czują potrzebę uzasadniania sobie dlaczego fotografują analogiem.
2) bardzo niedoceniana jest rola ubikacji w rozwoju czytelnictwa. Zwłaszcza wśród męskiej części populacji, kobiet to raczej nie dotyczy. Tysiące stron przerzuciłem siedząc na Porcelanowym Tronie. Dziesiątki tysięcy. I to nie licząc Playboya.
3) Mt 10, 29. Poważnie, sprawdźcie sobie.
4) rozwój wszystkiego właściwie, ale trzymajmy się konwencji.
5) libańskiego uchodźcy, ha! Ksenofobom na pohybel.
6) pisałem o tym w pierwszym wpisie tego bloga, dawno, dawno temu.
7) oczywiście moja lepsza połowa jest najpiękniejsza, ale ileż można robić zdjęć jednej kobiecie?
8) jestem chyba jednym z nielicznych, jeśli nie jedynym, fotografem, który nie pragnie lepszego aparatu. Po prostu nie ma lepszego aparatu niż ten, który mam.