wtorek, 30 września 2014

Gratyfikacja instant

Pola Ola II
Disklejmer: jeśli w fotografii interesują cię takie terminy jak rozdzielczość, szumy, MTF, plastyka, rysunek obiektywu, swirly bokeh, tudzież inne podobne, ten wpis nie jest przeznaczony dla ciebie. Idź na optyczne.

Chociaż jak wiadomo fotografia analogowa jest lepsza od cyfrowej1, cyfra dzięki jednej jedynej przewadze wypiera ją do lamusa. Żyjemy w czasach, w których wartością najwyższą jest natychmiastowa gratyfikacja. Wszystko musi być teraz, już, natychmiast. Najlepiej od razu na fejsie, instagramie i twitterze. Ale nie jest tak, że ludzie zrobili się jacyś inni przecież. Ludzie są tacy sami od zawsze2;. Po prostu nie było wcześniej Facebooka. Ludzie musieli sobie radzić zwykłymi polaroidami. Potem przyszła cyfra i polaroid się przewrócił. Ale niektórym wciąż potrzebne są fotografie w postaci fizycznej, niepikselowej i natychmiast po naciśnięciu spustu migawki. Taki fotograficzny atawizm. Ilość opcji jednak maleje. Jeśli chcecie poczuć trochę medżika polaroidowego, a zapewniam że jest tego medżika na kopy3, raczej należałoby się pospieszyć.

Jakie są więc opcje dla miłośników gratyfikacji instant w starym stylu? Po kolei:

Polaroid.

Oryginalny Polaroid, synonim fotografii natychmiastowej od lat czterdziestych ubiegłego stulecia, w tej chwili produkuje cyfrowe aparaty z wbudowaną drukarką. Działa to podobnie jak prawdziwy Polaroid, tyle że oprócz obrazka powstaje odbitka. Nie potrafię się odnieść do takiego monstrum frankensteinowskiego. Nie miałem tego w ręku, nie widziałem żadnego zdjęcia i raczej nie chcę zobaczyć4. Wymieniam dla porządku, bo jest to opcja, no i jednak "firmowy" Polaroid.

Impossible Project.

Po zaprzestaniu produkcji analogowych materiałów przez Polaroida, paru kolesi postanowiło, że będą próbowali ożywić trupa. Wykupili resztę materiałów z rynku, odkupili fabrykę Polaroida w Holandii i stworzyli Impossible Project. W skrócie, bardzo hipstersko5 to wyszło. Klisze IP są drogie i delikatnie mówiąc, gówniane. Ale mają tony klimatu, więc jeśli klimat was kręci i macie kasę, to czemu nie.

Fuji Instax.

To jest obecnie najpopularniejszy i najbardziej ekonomiczny sposób na natychmiastową gratyfikację w stylu hip. Występuje w dwóch rozmiarach, mini i wide. Jest kilka modeli, które zasadniczo niczym się nie różnią poza wyglądem, więc kupować najlepiej pod kątem wizualnym. Ja używam Instaxa Wide 210, który wygląda tak oto:


Jest to bardzo prymitywny aparat z celownikiem przeziernikowym. Ostrzenie odbywa się strefowo, bez możliwości precyzyjnej regulacji, przełączając między zakresem 0,9m do 3m, a 3m do nieskończoności. Nie ma korekty paralaksy w wizjerze, trzeba na to uważać. Bardzo ubogie są możliwości manualnej kontroli nad efektem docelowym. Można decydować jedynie o kompensacji ekspozycji (-2/3, 0, +2/3ev), oraz czy lampa ma być włączona na stałe, czy też dobłyskiwać automatycznie, co zresztą robi zbyt często. Obiektyw ma ogniskową 95mm, co odpowiada 35mm na małym obrazku i stałą przysłonę f14.
Jakość zdjęć to loteria. Aparat ma tendencję do nadużywania lampy, stąd dobrze jest sobie na stałe wbić -2/3 ev (co producent określa mianem "darker" na wyświetlaczu). Ostrość zależy od odległości, i trzeba sobie samodzielnie ustalić, jaka jest odległość na jaką faktycznie nastawiony jest obiektyw, bo różni się to w różnych egzemplarzach. Klisza jest przeznaczona do światła dziennego/błyskowego, ale przeżółca nieco.
O nieco zaskakującym ale w sumie pięknym zastosowaniu instaxa pisze Zack Arias na swoim blogu, warto przeczytać.

Fuji FP/Polaroid Pack Film 100.

Na koniec najlepsze. Fuji oprócz instaxów, produkuje też klisze serii FP. W chwili obecnej tylko dwa rodzaje, FP-100C i FP-100S6 ale na rynku dostępne są jeszcze czarnobiałe FP-3000B, których produkcja zakończyła się w tym roku. Klisze FP pasują do Polaroidów serii 1007, oraz, a właściwie przede wszystkim, do kaset przeznaczonych do aparatów średnio i wielkoformatowych. Największą zaletą tych klisz jest to, że oprócz pozytywu, czyli gotowego zdjęcia, produkują też negatyw, który jest znacznie ciekawszy8.
Najprostszą drogą by rozpocząć zabawę z tym formatem, jest zakup wintedżowego Polaroida, na przykład takiego jak ten:



Najszybciej przez allegro/ebay. Wystarczy wpisać Polaroid Land Camera. Przed zakupem warto kopnąć się na Landlist i sprawdzić dwie podstawowe informacje. Po pierwsze i najważniejsze, czy model, na który patrzymy jest na pack film serii 100. Po drugie, mniej istotne, ale jednak, warto zwrócić uwagę, czy ma dalmierz.
Te Polaroidy to klasyczne średnioformatowe składaki9. Po spakowaniu zamykają się do plastikowego pudełka:


które można wrzucić do torby i siup. Ale nie jest to mały aparat, nawet złożony. Najlepiej chyba unaocznić sobie rozmiar przez porównanie ze średniej wielkości lustrzanką małoobrazkową:


Duże, nieporęczne. Wyposażone zazwyczaj w obiektyw o ogniskowej stokilkanaście i przysłonie w okolicach f8, z niewielkimi odstępstwami. Większość modeli oferuje bardzo niewielkie możliwości ingerencji w zdjęcie - model 103 ze zdjęć powyżej pozwala jedynie kompensować ekspozycję. Są oczywiście profesjonalne modele, ale ich ceny są zabójcze. Zabójcze przez wielkie Z10.

Kaseta do prawdziwego aparatu.

Ale najlepszą zdecydowanie opcją dla Ekstraordynaryjnego, bądź aspirującego do ekstraordynaryjności Portrecisty, jest możliwość podpięcia Filmpacków do średnio i wielkoformatowych aparatów. Niezbędna jest odpowiednia kaseta która wygląda tak:


Założona na aparat (z tą samą lustrzanką dodaną dla skali) prezentuje się w taki sposób:

Jak widać, nie jest to opcja dla miłośników fotografii kompaktowej. Kasety takie są dostępne praktycznie do wszystkich średnioformatowych aparatów, w których da się wymienić kasetę z filmem, nawet do radzieckich złomów. Różni się efekt na zdjęciu, bo w różnych aparatach różnie jest wykorzystana powierzchnia kliszy, zazwyczaj jest to wycinek w formacie właściwym dla danego aparatu, ale niekoniecznie - kaseta ze zdjęcia powyżej pozwala wykorzystać znacznie większy obszar niż kaseta z filmem do tego samego aparatu. Tym zestawem zrobiłem zdjęcie otwierające dzisiejszy wpis. Które notabene jest zeskanowanym negatywem11.

Wielki format.

Są takie. Fuji produkuje jeszcze FP-100C do 4x5. Pojawił się też nowy Kickstarter, już zresztą ufundowany, pod nazwą new55 film, który ma produkować czarnobiałe klisze natychmiastowe do wielkiego formatu. Trzymam kciuki - chociaż sam nie fotografuję wielkim formatem, to im więcej materiału tym lepiej.

No i tyle. Chcecie się bawić w oldskulową fotografię natychmiastową, wiecie od czego zacząć. A od następnego wpisu gadamy o świeceniu.

1) to aksjomat. Nawet nie próbujcie dyskutować
2) może teraz bardziej domyci i porządnie ubrani, ale bynajmniej nie wszyscy
3) pierwsza sesja na której użyliśmy polaroida - pstryk i wszyscy ze skupieniem odliczają sekundy do objawienia magicznego obrazka. A potem: Oooo! Zajebiste! Mimo że w sumie takie zajebiste to nie wyszło. Ale na pewno klimatyczne
4) cytując klasyka, nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem
5) zwłaszcza Instant Lab. Jeśli nie wiecie co to Instant Lab, wyguglajcie sobie. Zlasuje wam mózg. Mnie zlasowało
6) oba kolorowe, różnią się tylko powierzchnią, C jest połyskliwy, S matowy
7) oraz 200, 300 i 400, ale one też są z serii 100 tak naprawdę
8) oraz zdecydowanie bardziej hipsterski
9) są też nieskładane, ale to najprymitywniejsze modele i głównie na niedostępny już filmpak 80. Można modyfikować pack film 100 żeby wszedł do aparatu na 80, ale szkoda czasu, lepiej kupić aparat na 100
10) jeśli interesuje was model pro Polaroida na Filmpack, sugeruję na otrzeźwienie wbić na przykład w wyszukiwarce ebay'a "Polaroid Land Camera 195" lub "Polaroid 600SE"
11) dla ciekawych, odzyskiwanie negatywu polaroidowego w wybielaczu można obczaić na youtube. Słowa kluczowe "fp-100c", "bleach"

sobota, 23 sierpnia 2014

Zakaz kwękania



Spotykają się dwaj amerykanie:
- Hi, how are you?
- Hi, I'm great, thanks, how about you?

Spotykają się dwaj polacy:
- Ale mam przejebane
- Stary, co ty wiesz, JA to mam dopiero przejebane

Jeśli pośledzić przez chwilę polskie fotointernety, można by dojść do wniosku, że fotografowanie stało się niemożliwe. Wszystkie aparaty są do bani. Kiepski autofocus, problemy z serwisem, słabo rysujące obiektywy, szum w czerwieniach wyższy o 2%1. W całym tym dołującym przekazie pobrzmiewa myśl, że "ja to bym ale zrobił zdjęcia dopiero, tylko nie mogę, bo sprzęt za słaby". Jednocześnie ci sami goście powtarzają starożytny suchar fotograficzny "nie aparat lecz fotograf"2. Ludzie, jak pragnę zakwitnąć. Zdecydujcie się. Albo sadzicie suchary o wyższości fotografa nad aparatem, albo kwękacie na słaby sprzęt. Żeby było jeszcze śmieszniej3, większość kwękaczy w życiu nie miało w ręce sprzętu, pod którego recenzją toczą swoje żale. Co więcej, sądząc po poziomie wypowiedzi można podejrzewać, że w ogóle żadnego aparatu w ręce nie mieli.
Z tą wyższością fotografa nad sprzętem to nie jest oczywiście do końca prawda4. Do każdego fotograficznego zastosowania są aparaty lepsze i gorsze. Nie wziąłbym do portretu cyfrowego Olympusa z u4/3 na przykład. Na rajd samochodowy nie wziąłbym Tachihary5. W każdej fotograficznej sytuacji są cechy, które w aparacie mają większe znaczenie i jest raczej rozsądne, że będziemy szukać sprzętu, który te cechy posiada. Drastycznie głupie są próby przekonywania kogokolwiek że tak nie jest6 mogą się zakończyć powodzeniem tylko w przypadku wyjątkowo zatrutego fotosucharami mózgu.
Czasem jednak bywa tak, że nie ma się tego sprzętu. No nie ma i już. Rób co chcesz, jak nie masz gotówki to sobie Hasselblada H4D nie kupisz. I wtedy dopiero zaczyna się kwękanie. Bo mam pomysła rozumiesz, na dzieło sztuki, co jo godom, arcydzieło, ale nie mogę po prostu. No nie mogę, bo potrzebuję sprzętu, bez sprzętu ani rusz. Zawsze mnie ręka swędzi w takiej sytuacji, żeby strzelić tak z liścia na otrzeźwienie, tak raz z lewej, a potem z prawej. Rozumiem, pod chajrem rozumiem, że można nie mieć kasy. Sam w kieszeniach obecnie mam tylko dziury, a na koncie debet. Ale nie przypominam sobie sytuacji, w której bym kwękał. Nie mam Profoto? Trudno, zrobię chińczykami. Nie stać na chińczyki, zrobię przy oknie7. Nie stać na rewelacyjny żuraw Manfrotto 085, trudno, obejdę się samoskładającym chińczykiem. Nie stać nawet na chiński żuraw? Poproszę kogoś, żeby lampę przytrzymał w ręku. Pisałem już o tym. Na zdjęciach nie pojawia się MADE IN CHINA. W każdej sytuacji można sobie poradzić. Naprawdę w każdej. Od tego mamy to DNA o 1% inne od szympansa, żeby ruszać mózgowiem. A jeśli już naprawdę, naprawdę nie da rady, to też nie koniec świata. Nie zrobię. Nie muszę z tego powodu płakusiać na forach. Płakusianie jest bardzo mało męskie8.
Przykład praktyczny. Pożyczyłem od znajomego w zupełnie innej intencji9 aparat. Poprosiłem o najsłabszy możliwy, jaki można. Sony a3000. Jest to, nie bójmy się tego powiedzieć, zły aparat. Jest tak zły, że aż fascynujący w nieco schizofreniczny sposób. Analizując tę konstrukcję można wręcz odczytać jakim torem szły myśli oszczędnego księgowego, który przyklepał projekt. Nie mam zamiaru polecać go nikomu. Poważnie, w życiu bym go nie kupił. Ale. Jest tani. Jest wyposażony w stopkę iso, bardzo przyzwoitą matrycę APS i bagnet o bardzo krótkiej odległości rejestrowej, co pozwala zamontować na nim praktycznie każde szkło. Jakością obrazowania bije wiele współczesnych aparatów ze znacznie wyższej półki cenowej. Ma wszystko co potrzebne, żeby zrobić cokolwiek, byle tylko chcieć. Pomyślcie o tym w taki sposób - to tylko interfejs między obrazem, który macie w głowie zanim naciśniecie guzik, a gotowym zdjęciem na odbitce czy ekranie. Może utrudniać proces przeniesienia z mózgu na ekran czy papier, ale nie będzie uniemożliwiał. A że jest niewygodny, plastikowy, ma słaby wizjer i ekranik, wszystkiego trzy przyciski? Sami powiedzcie, czy na zdjęciu powyżej widać że aparat miał tylko trzy przyciski?
Będzie tego. Róbcie zdjęcia, nie kwękajcie.

1) z tymi procentami szumu w czerwieniach to autentyk. Niesamowite, że ktoś mógłby takie coś napisać z pełną powagą ale jednak. Świat jest dziwny. Piękny ale dziwny, jak to celnie ujął Bufallo Kudłaczek
2) który trąci, a właściwie cuchnie, banałem
3) albo żałośniej, zależy z której strony na to spojrzeć
4) w ogóle, o czym zresztą pisałem już, jestem przeciwnikiem takich sloganów. Są głupie i szkodliwe
5) wykonanej notabene z cudnego wiśniowego drewna. Prawdziwe dzieło sztuki budowy sprzętu fotograficznego
6) był artykuł na optyczne.pl, w którym autor starał się przekonać czytelnika, że u4/3 jest równie dobre do portretu w studiu (a być może nawet lepsze), jak Linhof Kardan. Bo ma większą głębię ostrości, więc ostre będzie oko i ucho i nos
7) okno mam wliczone w czynsz
8) naprawdę. Mężczyźnie łza może polecieć, jak się wzruszy w kinie. Ale użalanie się nad sobą jest niefajne
9) będę pisał poradnik oświetleniowy, uwierzycie?

wtorek, 8 lipca 2014

Ekstraordynaryjnego kieszonkowy przewodnik po prawdziwych aparatach.


Tekst mi się rozrósł nieco ponad zamierzenia, więc przypisy wstawiam pod adekwatnymi częściami, a nie na samym dole - żeby się wygodniej czytało.
Ostatnio jakoś tak się dzieje, że ludzie pytają mnie, jaki średni aparat sobie kupić. Otrzymuję, można by napisać, wiele1 zapytań. Jako, że jestem wielkim wyznawcą Kanapy Brzechwy2, postanowiłem spisać swoje doświadczenia ze średnioformatowymi aparatami, żeby mieć łatwego linka do ciskania pytalskim.
Opiszę pięć średnioformatowców które miałem, bądź to na własność, bądź na dłuższe używanie. Na powyższym zdjęciu możecie je zobaczyć razem - rodzaj dowodu, że wszystko co napiszę, to moje osobiste doświadczenia związane z używaniem tych aparatów. Z całą pewnością znajdą się ludzie, których doświadczenia są inne. To normalne3. Potraktujcie więc to co piszę, z odrobiną dystansu, zwłaszcza jeśli miłość do sprzętu spowoduje że coś w poniższym tekście was urazi. Nie będę się rozpisywał parametrami technicznymi, bo każdy z tych aparatów jest opisany w czeluściach internetu do zrzygu, wujek Google na pomoc tutaj. Napiszę jak się tego używa. Postaram się też podać, kto tym fotografuje, żebyście ewentualnie mieli kogo męczyć pytaniami oprócz mnie. Wrzucę po jednej focie, żeby było wiadomo, że coś tym robiłem innego niż skrzynki pocztowe i tablice testowe.
Zacznę, niczym Biblia, od Genesis. Genesis rodzimej4 fotografii średnioformatowej:

1) w języku mediów, wiele, czyli więcej niż trzy.
2) jeden z powodów dla których nie mogę, jak przystało na polaka patriotę, winić za swoją biedę Tuska, to wrodzone lenistwo. Drugi - deficyt szarych komórek. Biedny bo głupi, głupi bo biedny, sprzężenie zwrotne i wstęga moebiusa...
3) ale ja tam wierzę w swoje doświadczenia. Bo są moje i już.
4) prawie rodzimej, ale jesteśmy w końcu wszyscy dziećmi Krajów Demokracji Ludowej


Pentacon Six TL (na zdjęciu pierwszy z lewej)



Zasadniczo, jest to typowa lustrzanka jednoobiektywowa, taka sama jak wszystkie w pełni manualne jednoobiektywowe lustrzanki małoobrazkowe, tylko większa, jakby spuchnięta. PSIX ma wszystkie cechy właściwe produktom krajów po niewłaściwej stronie żelaznej kurtyny. Jest toporny, brzydki, ciężki i zawodny1. Jest to jednocześnie najlepszy aparat od jakiego można sobie zacząć średnioformatowe pstrykanie. Mam do tego aparatu stosunek jak do mojej osobistej lepszej połowy. Bezkrytyczna miłość, zaprawiona momentami, w których wziąłbym najchętniej młotek i zakończył ten związek...

Jest wygodny - znacznie bardziej od kostkowato-klockowatego Hasselblada.
Jest prosty w obsłudze - przysłona, czas, migawka. Nic więcej.
Robi kwadratowe zdjęcia2
Nakłada klatki3
Co jakiś czas zaczyna mieć problemy z synchronizacją i czasem 1/1254
Jest delikatny. Zaskoczenie pełne. W ręku ciężki toporny, a naprawdę delikatny, jak sumienie lekarza podpisanego pod deklaracją. Można uszkodzić napęd migawki, jeśli w niewłaściwy sposób się go naciąga...
Jest TANI. Najtańszy ze wszystkich opcji w jednoobiektywowych lustrach średnioformatowych.
Dostępny do niego jest bodaj najlepszy portretowy obiektyw w średnim formacie - Sonnar 180 2.8. Wydawałoby się że sprzęt wymarzony dla portrecisty ekstraordynaryjnego5, ale, niestety - ma tragiczny czas synchronizacji, który czyni go dramatycznie trudnym w pracy ze światłem błyskowym. Z bólem serca, dyskwalifikacja.
Jeśli jednak nie jesteście studyjni, oraz nie macie ciągot lanserskich, bardzo trudno jest przebić ten aparat. Cena, dostępność szkła, łatwość serwisowania6, banalnie prosta obsługa, obłędny obrazek z Sonnara. Bardzo trudno to przebić. Uwaga jednak na protoplastę Pentacona Six, Practisixa. Ten aparat jest jeszcze bardziej zawodny - psuje się od głośniejszego kichnięcia.

Bardzo wielu polskich fotografów, znakomitych fotografów, używa tego postsocjalicystycznego złomu. Na przykład Andrzej "Fetish" Frankowski.

Skoro zacząłem od Pentacona, to przeskoczę od razu na drugi koniec praktycznie każdej skali jaką można przyłożyć do średnioformatowego aparatu -

1) ma też ten niezwykły charakter demoludowej mechaniki, który sprawia, że w ręku trzyma się jak metalową skrzynkę wypełnioną do połowy gwoźdźmi. I podobnie brzmi, jak się potrząśnie.
2) kwadrat jest idealnym formatem dla artysty, poważnie. Kiedyś o tym też napiszę.
3) KAŻDY egzemplarz (a miałem cztery) nakłada klatki prędzej czy później. Wiele razy usłyszycie, że ktoś ma taki, co nie nakłada. Bzdura. Jedyne egzemplarze, które faktycznie nie nakładają, to te które przeszły specjalną operację rozdzielenia napędu migawki od przesuwu kliszy, oraz te, które zostały zmodyfikowane w pewnym warsztacie w Niemczech, który za tę usługę pobiera opłatę w wysokości mniej więcej dziesięciokrotnej wartości rynkowej używanego korpusu w dobrym stanie.
4) smary się zastają. Taki urok sprzętu.
5) bądź aspirującego portrecisty ekstraordynaryjnego, w przypadku innym niż mój
6) a przyda się ten serwis, oj przyda. Ale można to potraktować jako przygodę - będziecie mieć szansę poznać lokalnego serwisanta zabytkowego sprzętu fotograficznego. Będzie to zazwyczaj starszy pan w okularach, wyposażony w maleńkie pomieszczenie zagracone do imentu fascynującymi fotomanelami oraz bardzo specyficzne poczucie humoru. Dla samego spotkania z tym panem warto raz zanieść jakiś stary aparat do serwisu.


Hasselblad 500c/m (na zdjęciu drugi z lewej)


Jeśli macie w sobie choć odrobinę z lansera, to jest aparat dla was. Hasselblad to firma, która przez lata właściwie rządziła całym rynkiem średnioformatowców. Inne firmy mogły próbować się zbliżyć do legendy, ale żadna nie była w stanie zagrozić jej pozycji. Charakterystyczna ramka z ząbkami była powodem do dumy każdego fotografa PRL-u, którego było stać na tę magiczną kostkę1
Przejście z Pentacona na Hasselblada może być przyczyną groźnego szoku sensorycznego - aparat jest idealnie solidny, wszystkie części pasują, nic nie lata w środku, nie stuka, nie dzwoni. Mechanizmy pracują miękko i płynnie, lustro nie trzęsie aparatem jak kibic Legii kostką brukową. Sprzęt ocieka wręcz solidnością, jak rzeczona kostka w kontakcie z hełmem policjanta. Po prostu działa. Nie ma problemów z naciągiem migawki, nie ma problemów z nakładaniem klatek, nieszczelnością kasety. Jest malutki i bardzo przenośny - ze względu na ten kostkowaty kształt dobrze się pakuje. Znakomita szklarnia firmy Zeiss, migawka centralna - dzięki niej aparat synchronizuje na każdym czasie, bardzo pożądana cecha dla fotografów studyjnych oraz wszelkiej maści strobistów.
Nie jest jednak bez wad. Przede wszystkim ta sama obudowa w kształcie prostopadłościanu, która sprawia że jest tak mały i przenośny - o ile w przypadku korzystania z kominka da się w miarę wygodnie tego używać, trzymając go po prostu na dłoni lewej ręki, o tyle praca z pryzmatem jest diablo nieporęczna. Potrzebny jest trzeci staw w ręce2.
Poważniejszą wadą3 jest jednak kultowość. Kultowość bowiem sprawia, że aparat ten jest drogi.
Jeśli macie w sobie żyłkę lansera, chcecie błyskać, cenicie niezawodność - to jest to. Legendarny aparat. Drogi. Ale, nie tak drogi jak nawet najtańsza współczesna "pełna klatka"4. Każdy sam sobie musi odpowiedzieć czy dla niego.

Leszek Kowalski robi, albo robił sporo Hasselbladem, wydaje mi się też że Róża Sampolińska robi na nim swoje analogowe rzeczy.

Następny w kolejce, wół roboczy studyjnych fotografów na całym świecie:

1) do tego stopnia, że widziałem ramki pod powiększalnik przeznaczone do sztucznego generowania tych szpanerskich ząbków.
2) podobne wrażenie mam tylko jak muszę używać którejś z zaawansowanych lustrzanek Canona. Do operowania tym kółkiem na plecach aparatu i jednoczesnej obsługi przycisków z przodu obudowy nad wyświetlaczem potrzebne są dodatkowe stawy w kciuku i palcu wskazującym.
3) bo do tej kostkowatości idzie się przyzwyczaić, podobnie jak do ekwilibrystycznych operacji na Canonie.
4) tfu, tfu.


Mamiya 67RB (na zdjęciu drugi z prawej)



Mamiya 67RB nie jest ani przenośna, ani poręczna, ani kultowa. Nie ma do niej Sonnara 180 2.8. Ergonomicznie jest to wielka pomyłka. Na każdym kroku czyhają zasadzki, nie można zapomnieć o aparacie i skupić się totalnie na zdjęciach, bez zrobienia kilkudziesięciu rolek kliszy i popełnienia co najmniej kilku przypadkowych multiekspozycji, zdjęć w niewłaściwej orientacji oraz błędów ekspozycji wynikających ze złego odczytania tabelki ekspozycji na miechu. Miałem taki moment opadu rąk, próbując wytłumaczyć dziewczynie, która chciała odkupić ten aparat, jak się nim posługiwać. Nie przyjął się.
Nie potrafiłem polubić tego aparatu1, jest ekstremalnie nieemocjonujący2 mimo tego, że zrobiłem nim sporo udanych rzeczy. Jest jak taki trochę bardziej skomplikowany pięciokilowy młotek. Narzędzie przydatne i skuteczne3, ale trudno polubić młotek.
Zaleta - cena. Aparat tani. Szkła są znakomite i tanie. Droższy od Pentacona, trudny w obsłudze i nie tak łatwy w plener, ale rekompensuje niezawodnością - nie ma totamto, jak operator czegoś nie spaprze, aparat po prostu działa i już.

Kłopocik, nie znam nikogo, kto fotografuje Mamiyą RB67. Nasierowska nią fotografowała, co samo w sobie jest znakomitą rekomendacją, ale nie sądzę żeby można było ją zapytać o wrażenia4

1) a uważam to za bardzo ważną rzecz, lubienie sprzętu na którym się pracuje.
2) nie licząc bluzgów przy przeglądaniu wszystkich spapranych multiekspozycją kadrów.
3) i nawet podobne w wadze.
4) raczej nie obejdzie się bez seansu spirytystycznego.


Mamiya 645AF(D) (pierwszy z prawej na zdjęciu)



Miałem dwa egzemplarze do użytku, wersję z i bez (D). Różnią się możliwością przypięcia cyfrowego tyłu, dla fotografa analogicznego są identyczne.
Przyznam szczerze, że 645 to format dla mnie niekomfortowy. Za mały żeby naprawdę było fajnie, za duży, żeby sprzęt był niewielki. Niemniej jednak, Mamiya 645AF(D) to bardzo wygodna lustrzanka jednoobiektywowa z prostym, ale w miarę skutecznym autofocusem. Idea jest podobna jak w Pentaconie, przy czym tam mamy do czynienia ze spuchniętą lustrzanką manualną, a tutaj z czymś w rodzaju małoobrazkowej lustrzanki z autofocusem z połowy lat 90, którą ktoś zakopał w ziemi i dużo podlewał aż urosła. Autofocus jest jednopunktowy, w miarę skuteczny, ale ze względu na niedużą GO trzeba uważać przy przekadrowywaniu. Na szczęście aparat posiada bardzo duży i jasny wizjer1, w którym bardzo łatwo oszacować ostrość i w razie draki dokonać poprawek. Niestety nie mogę z czystym sumieniem polecić tego aparatu, choć jest fajowy. Na plus przemawia ergonomia, naprawdę obsługuje się to zupełnie komfortowo, dla kogoś przyzwyczajonego do zaawansowanego lustra cyfrowego [takiego z dwoma kółkami umieszczonymi po bożemu, nie tak jak u Canona] przesiadka jest totalnie bezbolesna. Na minus - zawodność. W obu egzemplarzach, które miałem do testowania były problemy. Wystarczy, żeby podejrzliwie spoglądać na taki wydatek - a nie jest to mały wydatek, bo trzyma cenę - i to również zaliczam do wad. Testowałem ten aparat, jak widać na załączonym obrazku, pod kątem zakupienia go do fotografii pamiątkowo rodzinnej i jako taki sprawdzałby się znakomicie, gdyby nie właśnie awaryjność. Być może przypadkowa, ale jednak.

Nikogusieńko nie znam, kto tego używa na co dzień, sorry.

Na koniec zostawiłem swój podstawowy aparat.

1) jedno spojrzenie w taki wizjer i człowiek nabiera nieco innej perspektywy o tym, co to właściwie znaczy duży i jasny wizjer. Polecam zwłaszcza działom marketingu różnych firm produkujących aparaty, na leczenie z wciskania kitu terapia jak znalazł.


Fuji GX680 (na zdjęciu na honorowym miejscu w środku)



Kiedy początkiem lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia aparat wszedł na rynek, wywołał masowy ślinotok u wielu rodzimych fotografów studyjnych, architektonicznych i pejzażowych1. Lustrzanka średnioformatowa wyposażona w przesuwy i pokłony o przyzwoitych zakresach, bez upierdliwości i kosztów wielkiego formatu. Oraz obiektywy, fantastyczne obiektywy2. Fantastyczne, JASNE, obiektywy. Portretowy Fujinon 180 3.2 jest po prostu niemożliwie dobry. Do tego z pokłonami i przesuwami. Nirwana portrecisty ekstraordynaryjnego3.
Sam aparat jest ogromny i nieporęczny. Wymaga solidnego statywu i głowicy, najlepiej zębatkowej4. Jak widać na zdjęciu, nawet duża i toporna Mamiya wydaje się w porównaniu subtelna i niepozorna. Najlepiej pracuje się za pomocą dołączonego w zestawie wężyka, bo spust migawki umieszczono w zdecydowanie dziwnym miejscu. Matówka kryje pole większe od kadru co jest dość niezwykłe, ale bardzo praktyczne. Pentalustrzany wizjer rozmiarem obrazu i jasnością może wpędzić w kompleksy każdy współczesny aparat z "superjasnym" pryzmatem albo elektronicznym wizjerem. Niestety, jest to typowy sprzęt z przełomu lat 80 i 90, co znaczy, że jest "skomputeryzowany". Komputeryzacja polega na tym, że wymaga specjalnej baterii, praktycznie niedostępnej, bądź adaptera do standardowych paluszków, który co prawda jest dostępny (na ebayu jest tego bez liku), ale za to koszmarnie drogi. Można sobie z tym problemem poradzić na różne sposoby, ale nie jest to nic fajnego. Oprócz tego "komputer" sygnalizuje ostatnią klatkę, a także duże błędy ekspozycji5. W połączeniu z odpowiednim kominkiem "komputer" dodaje opcję priorytetu przysłony. Kominek ten kosztuje w tej chwili więcej niż korpus, a jego przydatność w studio jest zerowa, więc i tutaj "komputer" jest nieużyteczny.
Cenowo jest nieźle. Ponieważ aparat w czasach analogicznych był dostępny wyłącznie profesjonalistom, jest praktycznie nieznany, a co za tym idzie, niekultowy. Niekultowość ma dobry wpływ na cenę. Co prawda nie jest tak tanio jak Pentacon, czy nawet Mamiya 67RB, ale biorąc pod uwagę moc, jest w miarę dobrze.
Mimo wszystkich zalet, mam problem z rekomendacją tego aparatu. W tej chwili jest to praktycznie wyłącznie sprzęt do portretu. Faktycznie, jest to najlepszy sprzęt do portretu jaki można sobie wymarzyć, ale jednak, tylko do tego. Do fotografii architektury, pejzażu, właściwie czegokolwiek innego niż portret, lepsza będzie banalna cyfrowa pełna klatka.

Jeśli chodzi o fotografów używających tego sprzętu - ja używam GX680, co w sumie też jest niezłą rekomendacją. Uwielbiam ten aparat, możecie mnie pytać, zagadam was na śmierć.

1) uwaga stritowcy - to nie jest puszka dla was. Serio. Wiem że ludzie robią nią strita, ale ludzie potrafią z zapałek budować domki jednorodzinne, więc to żaden argument. Na strita weźcie Hasselblada.
2) tu ważna uwaga. Większość średnioformatowego szkła jest bardzo dobra. Wynika to z większej tolerancji na problemy - im większa klisza, tym łatwiej zaprojektować sensowne obiektywy. Dotyczy to również szkła radzieckiego i enerdowskiego, to również w znakomitej większości dobrze rzeczy są.
3) tudzież aspirującego, patrz wyżej.
4) zapomnijcie o kulowych, nawet na porządnej głowicy kulowej aparat gibie się jak wańka-wstańka.
5) to jest swoją drogą fascynująco zrobione. Światłomierz mierzy bowiem światło odbite od kliszy i jeśli ekspozycja będzie spaprana o więcej niż +/-2ev, sygnalizuje problem brzęczykiem. Sęk w tym, że robi to PO ekspozycji. Innymi słowy brzęczyk można przetłumaczyć na "Haha, spaprałeś fotę panie pożalsięboże fotograf". Intrygująca implementacja przydatnej funkcji...


Wielcy nieobecni

Tych pięć aparatów to oczywiście mikry wycinek rynku średnioformatowych lustrzanek. Jednak zdecydowałem się napisać tylko o tych, którymi faktycznie robiłem zdjęcia. Boję się pisać o rzeczach, na których się nie znam - nie chcę by powstał z tego wpisu typowy test sprzętu fotograficznego, z tabelkami ale bez wartych uwagi zdjęć. Niemniej, na szybko wspomnę szybko o kilku inych opcjach1:
Pentax 67 - sprzęt podobny do Pentacona Six, nieco większy, droższy i z jeszcze gorszym czasem synchro. Za to (podobno) niezawodny. Są też do niego obiektywy z migawką centralną, więc przy odrobinie wysiłku i kasy da się ogarnąć i studio i plenery. Jak nazwa wskazuje, nie jest kwadratowy, więc uwaga na artyzm. Używa tego Maciek Leśniak, którego raczej możecie znać ze znakomitych wielkoformatowych wyczynów. Więc prawdopodobnie używa tego Pentaxa jak inni ludzie kompaktu.
Rolleiflex SL66 - Wygląda jak skrzyżowanie Mamiyi RB67 z Hasselbladem. Ma pokłon w dość ograniczonym zakresie (8 stopni). Centralna migawka, kwadratowy kadr. Ekstremalnie wysoki współczynnik kultowości, czyli również ceny. Używa, bądź używał tego Gregor Laubsch.
Hasselblad 200 - Droższa wersja, wyposażona w migawkę szczelinową o fantastycznym jak na lustrzankę średnioformatowym najkrótszym czasie migawki, wynoszącym 1/2000s. Kultowość jak zwykle podbija cenę (która i tak była wyższa od serii 500). Nie znam nikogo, kto by używał tej wersji.
Kiev 88 - radziecka kopia Hasselblada 500 c/m, z migawką szczelinową zamiast centralnej. Jak każdy radziecki sprzęt, wymaga specyficznego nastawienia mentalnego, przede wszystkim tolerancji na sprzętowe narowy. Zasadniczo ma swoje mocowanie obiektywowe, ale istnieją wersje z mocowaniem Pentacona. Niska cena. Używa go świetny Michał Buddabar, trudno o lepszą rekomendację, ale uwaga: radziecki sprzęt to radziecki sprzęt, spodziewajcie się niespodziewanego.
Kiev 60 - tak jak Kiev 88 jest kopią Hasselblada, tak Kiev 60 jest kopią Pentacona Six. Co jest niesamowite w sumie. Radziecka kopia ledwo co działającego enerdowskiego wynalazku. Jeśli miałbym się wypowiedzieć - tylko dla żołnierzy hardkoru.
ARAX - arax to firma, która przejęła sprzęt i fabryki Kieva. Robią unowocześnione i usprawnione wersje Kievów, pod nazwą ARAX 60 i ARAX CM. Miałem kiedyś dyskusję bardzo fascynującą z użytkownikiem ARAXa 60, który stwierdził że mój brak zaufania do radzieckiego sprzętu jest głupotą i w ogóle nie umiem robić zdjęć a moja stara przeszła Super Mario w lewo. ARAXem 60 a dokładnie customizowanym egzemplarzem pod nazwą ARAX REX fotografuje Marcin Twardowski, co uważam za bardzo mocną rekomendację.
Bronica SQ (różne wersje są). Bronica to taki japoński Hasselblad. Aparaty są bardzo podobne i mają bardzo dobrą opinię. Ponieważ nie są kultowe, można je kupić bardzo tanio, czasem trafiają się w cenach Pentacona. Większość moich uwag do Hasselblada pewnie ma odniesienie także do Broniki, ale raczej kierujcie się ludźmi, którzy ten sprzęt znają z autopsji. Na przykład znakomity portrecista Marcin Szwaczko, czyli Czarnobiałykwadrat. Jego męczcie jeśli interesuje was Bronica.
Contax 645. Jako znacznie lepsza alternatywa dla Mamiyi 645. Podobny w konstrukcji i działaniu, znany raczej z niezawodności w odróżnieniu od Mamiyi, obiektywy Zeissa. Niestety kultowy, cena kosmiczna. Nikogo nie znam w kraju Tuska, kto by tym robił zdjęcia.

1) bierzcie to w duży nawias, wiem że takie są, wiem że ludzie sobie chwalą, zdjęć tym nie robiłem.

Tyle mi na myśl przychodzi. Pomijam lustrzanki dwuobiektywowe i dalmierze, jako że w fotografii jaką uprawiam są raczej niepraktyczne. Jeśli coś nakałapućkałem, zwłaszcza w opisach sprzętu, którego nie miałem w ręku, dajcie znać, poprawię się. Jeśli wydaje się wam, że nakałapućkałem w opisie sprzętu, który mam lub miałem, też dajcie znać, ale mogę nie poprawić, bo raczej wiem co piszę. Jeśli urodzą się jakieś dobre pytania, będę redagował ten tekst.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Koniec testosteronu

The Main Man

W 1989 roku Francis Fukuyama opublikował błyskotliwy esej pod tytułem "Koniec historii?". Osią tegoż eseju było założenie, że ostateczną formą rozwoju ustrojów politycznych jest demokracja liberalna i kiedy wszystkie narody ją osiągną, żadne nowe formy nie powstaną - nadejdzie tytułowy koniec historii1. Fukuyama porusza między innymi temat konwergencji - ewolucji systemów politycznych, które różnymi drogami dążą do tego samego rozwiązania.
Dlaczegoż jednak zaczynam od eseju z filozofii politycznej we wpisie na blogu portretowym2? Ano dlategoż, że podobną konwergencję oglądam ostatnio na męskim portrecie. Ale jest to konwergencja zgoła zaskakująca.
Zatracają się mianowicie różnica między portretem męskim, a kobiecym; między sposobem, w jaki na portrecie przedstawia się przeciwne płcie. Kiedy spojrzymy na klasyczne portrety, sprawa jest dość prosta - kobiety są piękne, mężczyźni są silni. To jest potężne spłycenie oczywiście, piękno kobiet niekoniecznie jest pięknem fizycznym, tak jak siła mężczyzn. Ale różnica w ich przedstawianiu jest dramatyczna. Warto rzucić okiem na portrety Karsha3, czy Studio Harcourt, żeby to sobie unaocznić.
Mijam codziennie, w drodze na moje pole bawełny4, miejscowy klub bokserski. Na oknach jest zdjęcie ponadnaturalnej skali, prowadzącego onże klub. Facet o posturze i twarzy5, klasycznego fightera, w miarę zręcznie oświetlony sobie stoi. I nic. Nie ma w nim żadnej energii, nie ma tej iskry, napięcia. Po prostu stoi duży brzydki facet, bardziej zmęczony, niż groźny. Nie wiem kto to zdjęcie popełnił, ale obawiam się że poległ na całej linii, jeśli chodzi o reklamowanie klubu dla fanów sportów walki. Samo w sobie oczywiście nic to nie znaczy, po prostu zabrakło umiejętności, a może tej chemii, o której pisałem poprzednio. Zostaje jednak pytanie o powód tego braku - fotograf nie czuje siły, którą powinno emanować zdjęcie wojownika?
Zresztą, wystarczy przejść na dowolny portal fotograficzny, do kategorii "portret" i przejrzeć męskie portrety6. "Siła", niezależnie czy mamy na myśli tę fizyczna, czy charakteru, nie jest pierwszym określeniem, które przychodzi na myśl, gdy się je ogląda. Wręcz przeciwnie - trend jest w stronę androgynicznego, delikatnego, mężczyzny. Nawet kiedy to piszę, zdjęciem dnia na plfoto jest fotografia gościa, blondyna z grzywką, w kapciach, kalesonach i koszulku z długim rękawem. Dobre zdjęcie, nie ma dwóch zdań, ale idealnie obrazuje tę właśnie konwergencję, o której piszę.

Wyrywa się z portretu męskiego ten ogień, który nakręca wszystkie konflikty od zarania dziejów - testosteron.
Podobnie zresztą działa to w drugą stronę - kobiety na portrecie są silne. Piękne też, bardziej niż kiedykolwiek7, ale także silne. Silne kobiety to oczywiście nic nowego - każdy portret niezwykłej postaci kobiecej w historii emanuje siłą, między innymi dlatego są one niezwykłe - bycie istotną postacią kobiecą w wybitnie antykobiecej historii zachodniej cywilizacji wymagało od nich siły, ale nie do tego stopnia co dziś. Kiedyś jednak siła nie była tak istotną cechą dla fotografa w kobiecym portrecie.
Dość zabawną próbę odwrócenia tego trendu podjęła ostatnio marka Bytom, serią fotografii starszego, charyzmatycznego brodacza, pod hasłem "W hołdzie prawdziwym mężczyznom". Kiedy okazało się że na zdjęciach jest Aiden Shaw, gej i aktor porno, hasło nabrało naprawdę ironicznego wydźwięku8.
Czy zatem mamy do czynienia ze schyłkiem obrazu mężczyzny jako siłacza, przywódcy, samca alfa? Ano, tak. Męska brutalna siła nie jest już potrzebna ludziom żyjącym u końca historii.
Oczywiście, moja perspektywa niekoniecznie jest prawdziwa. To zjawisko jest na pewno dalece bardziej skomplikowane niż jestem w stanie ogarnąć i na pewno związane z dramatycznymi przemianami jakie przechodzi teraz świat, choćby z feminizacją sfery publicznej. Być może nawet nie jest to prawdziwy trend. Może to tylko takie wrażenie wciąż odnoszę i mogę spokojnie odnieść je z powrotem. Trzeba mieć nadzieję.

1) Fukuyama nie uznał za słuszne spytać o zdanie historii - i jak widać z perspektywy dwudziestu paru lat, historia ma jeszcze coś niecoś do powiedzenia w kwestii swojego końca.
2) Oczywiście pomijając potrzebę popisania się eklektyczną wiedzą.
3) na portrety Karsha zawsze warto zwrócić uwagę, niezależnie od kontekstu.
4) metaforyczne.
5) tym co z niej zostało w każdym razie.
6) których zresztą, zwłaszcza wartych uwagi, jest tyle co kot napłakał.
7) Eau de Photoshop bardzo pomaga.
8) tym bardziej, że firma Bytom potwierdziła świadomy dobór modela.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Przychodzi baba do fotografa

Stal i szkło

Planowałem sobie tego posta jako swego rodzaju "instrukcję obsługi" modelki1. Ale tak się złożyło że w międzyczasie2 zaproszono mnie na plener w charakterze portrecisty-teoretyka-prelegenta3. Pogadankę przygotowałem sobie sążnistą na temat doboru modelki, o świetle, o kolorach i w ogóle o wszystkich ogólnościach, o których już zresztą na blogu pisałem. Zaskoczyło mnie jednak4, w jaką stronę popchnęły mnie pytania słuchaczy5. Zmusiły mnie mianowicie do wyartykułowania czegoś, co już ogarniałem nieśmiało6, a z czego nie do końca sobie zdawałem sprawę. Pisałem wcześniej, co jest najważniejsze, ale nie napisałem, co z tego w olśniewająco oczywisty sposób7 wynika. Mianowicie, że aby człowieka porządnie sportretować, trzeba go lubić8. Proste? Ano niestety różnie. Trzeba od początku nastawić się na lubienie tej obcej przecież osoby. To jest czasem trudne, zwłaszcza w naszych cynicznych czasach, gdzie obowiązuje chory pogląd, że większość ludzi to idioci9. Ale trzeba. Bo ten człowiek przychodzi do nas z zaufaniem. Że zrobimy coś fajnego, niezwykłego, innego. Ten człowiek też nas lubi na dzień dobry. I tworzy się fajna chemia i najczęściej fajne zdjęcia. Warto sobie wbić do głowy, że ludzie są fajni10.
Portretowałem przez ostatnie parę lat ogromnie dużo osób. Każda z nich niezwykła i interesująca. Naprawdę. Nie ma zwykłych ludzi. Każdy jest fascynujący. Trudno mi nawet powiedzieć, jak bardzo zmienił się mój stosunek do ludzi w tym czasie. Konieczność poznania, polubienia tych wszystkich przypadkowych ludzi naprawdę wywróciła mój z lekka zatruty cynizmem światopogląd do góry nogami.
A każdy z tych ludzi został wymaglowany przez moją wizażonę11. To maglowanie jest szalenie istotnym etapem - także dlatego, że w jego czasie można oglądać człowieka i widzieć jakie światło go akceptuje, ale przede wszystkim dlatego, że można choć troszkę go poznać.  I prawie zawsze udało nam się polubić tak przynajmniej trochę. A czasem się nie udało. A kiedy się nie udało, zdjęcia były słabsze - zawsze. W krańcowych wypadkach zdjęcia wyszły tak źle, że po wysłaniu portretowanemu zostały skasowane12. A wszystko dlatego, że nie udało się z tą chemią. Nie polubiliśmy się zwyczajnie.
Zresztą, nie musicie wierzyć mi na słowo. Spróbujcie poszukać wywiadów z dobrymi portrecistami. Ale nie z tymi, którzy są znani tylko z tego, że są sławni i piszą książki czy robią warsztaty. Tylko z tymi, którzy robią dobre portrety. Posłuchajcie, o czym oni mówią. Mówią o człowieku. Nie wspominają o świetle, czy  o aparacie. Jest taki, dosyć nowy chyba, suchar - a przynajmniej ja go usłyszałem dopiero niedawno: "Amator martwi się o sprzęt, profesjonalista martwi się o kasę, mistrz martwi się o światło". Zdanie na temat fotosucharów już wyrażałem. I nic się ono nie zmieniło - jednym słowem bzdura, panie i panowie czytelnicy. Mistrz nie martwi się o światło, choćby dlatego że bez problemu nagina je do swojej woli. Mistrz myśli o człowieku, którego ma przed aparatem. Największy portrecista dwudziestego wieku, Yousuf Karsh, słynął z tego, że potrafił ten kontakt nawiązać z każdym portretowanym - do tego stopnia, że czuli się "Okarshowani". W poprzednim poście pisałem o szarlatanerii i bez cienia wątpliwości, Karsh był wielkim szarlatanem - nigdy nie szukał słabości w swoich portretowanych, ale zawsze potrafił podkreślić ich wielkość. Po prostu ich lubił i to się czuje w tych zdjęciach.
Więc, następnym razem gdy będziecie kogoś portretować, spróbujcię tę osobę polubić. Ale się przyłóżcie. Nie, że jakaś gadka-szmatka i kilka płaskich dowcipów. Zainteresujcie się. Naprawdę, nie tylko, żeby coś tam gadać przy fotografowaniu. Okażcie prawdziwe zainteresowanie. To działa i ma większe znaczenie dla wyniku, niż wszystkie te lampy, aparaty13 i inne duperele. Że wysiłek i trzeba się spalać? Ano trzeba. Że ktoś gdzieś powiedział, napisał, że robienie takich portretów to łatwizna? Słowo harcerza, ten ktoś nigdy nie zrobił i nie zrobi portretu wartego uwagi.
Polubcie swoich ludzi, a będziecie zaskoczeni jak bardzo lepsze będą wasze zdjęcia.

Do następnego. Może napiszę tę instrukcję do modelki. Może wcześniej niż za następne pół roku...


Zdjęcie dobrane nie bez kozery. Na zdjęciu Paula, która jest z zamiłowania cosplayerką. Zjawisko cosplayingu totalnie mi wcześniej obce poznałem dzięki Pauli. Zjawisko fas-cy-nu-ją-ce. A poza tym mieliśmy od razu o czym gadać, bo oboje nas pasjonuje Japonia. I już. Taka prosta sprawa wystarczyła żeby zaskoczyło. I zdjęcia też wyszły. Dobrze wyszły. Lubcie ludzi.

1) instrukcja obsługi kobiety to by była niezła rzecz swoją drogą, na tym można by zbić fortunę dopiero.
2) czyli gdzieś w czasie tej z górą pół roku przerwy w blogowaniu...
3) to taki nudziarz do zapchania programu.
4) ale nie najbardziej zaskoczyło. Najbardziej mnie zaskoczyło że ludzie nie wychodzili w połowie - ba, na koniec było ich więcej niż na początek. I całkiem nie spali.
5) kolejne zaskoczenie, ludzie słuchali i zadawali pytania.
6) intuicyjnie. Mam intuicję prawie jak kobieta, z tą tylko różnicą, że moja czasem działa.
7) to znaczy jak już się wie. To jedna z tych rzeczy, które są olśniewająco oczywiste, jak już nam to ktoś wyłoży.
8) względnie nie cierpieć - poszukajcie sobie historii znakomitego portretu Kruppa, autorstwa Arnolda Newmana. Niemniej jednak założę roboczo, że raczej nie będziecie chcieli, czy musieli fotografować ludzi, których nie cierpicie.
9) większość tak uważa. Zwróćcie uwagę - z tego, że większość ludzi uważa większość ludzi za idiotów, wynika bezpośrednio, że sporo z nich jest idiotami. Taka sytuacja.
10) ludzie są fajni, naprawdę, jak bonie dydy, trzeba tylko dać sobie szansę.
11) nie wiem czy już to pisałem - wizażystka to jest bardzo bardzo ważna osoba - nie tylko dlatego, że wizażuje, ale dlatego że łączy w sobie role barmana, spowiednika i psychoterapeuty. Historie, które toczą się w trakcie wizażu mogłyby zapełnić niejedną powieść z gatunku dramat obyczajowy.
12) a dysk wyczyszczony programem do niszczenia danych, wyegzorcyzmowany i wrzucony do Rowu Mariańskiego. Bez kitu, miałem taki przypadek.
13) swoją drogą, Karsh fotografował aparatem 8x10 - to jest negatyw wielkości jakichś 20x25cm. Macie tu argument ostateczny na temat aparatu do portretu, gdy ktoś zacznie wam głupoty opowiadać jak to rozmiar jest nieważny.


niedziela, 7 lipca 2013

Być szarlatanem

Portraitiste Extraordinaire
Miało być o internetach, ale postanowiłem nie psuć sobie humoru przy niedzieli, więc będzie o prawdzie.
Do napisania tego tekstu skłonił mnie ten artykuł, z portalu kadratowo. Zakontujcie sobie wnioski autorki, wrócimy do tego za moment. (UWAGA: ten link prowadzi obecnie donikąd, ponieważ artykuł zniknął. W wielkim skrócie, autorka podzieliła portret na dwie kategorie - psychologiczny i portalowy. Portret psychologiczny objawia wielką prawdę o portretowanym, sięga do głębin duszy. Portret portalowy to paździerz i dno, pusta estetyka oraz strata czasu).

Otóż dawno, dawno temu1 po świecie krążyły wozy, z których rozmaici doktorzy i profesorzy wątpliwej reputacji sprzedawali miejscowym kmiotkom cudowne środki na wszystko. Na porost włosów, na ból zębów, na libido i w ogóle na wszystkie możliwe plagi i nieszczęścia. Najbardziej znamy to z westernów, ale tradycja wędrownych cudotwórców jest stara jak świat. Zawsze znalazł się ktoś, kto chciał sprzedać sen. I zawsze znalazł się nabywca.
I teraz na scenę wchodzi portrecista2.
Otóż czytając ostatnio nostalgicznie "Awantury Kosmiczne" Niziurskiego3 trafiłem na moment, w którym bohater próbuje przekonać Opat Matyldę (fotografkę, amatorkę, dzisiaj byśmy powiedzieli stritowca, do której czuje pociąg) do wykonania serii zdjęć woźnemu Bamboszowi:
"(...)Ludzie nie lubią prawdy o sobie. Widziałaś, jak się stroją, zanim pójdą do fotografa, chcą wyglądać nie tak jak z w y c z a j n i e wyglądają, ale lepiej. I mają pretensje do fotografa, gdy 'źle' wychodzą na zdjęciach i nie mają pięknych gębul, jak sobie wyobrazili. Wielu ludzi prawda okropnie drażni. Wolą piękną baśń o sobie. Ulizaną i wyretuszowaną jak zdjęcia ślubne(...)"
Teraz wróćmy do tekstu który zalinkowałem na początku. O ile jest on sam w sobie w zasadzie prostym paszkwilem4 na fotografów określonych pogardliwie "portalowymi", to autorka popełnia dość poważny błąd. Stawia portrecistę przed portretowanym. Jest oczywiście mnogość przeogromna portretów, w których postać pełni jedynie rolę symbolu, przenosi ideę, wyraża jakieś wewnętrzne "fuj" i ukryte "psie"5 autora, jednak podstawową funkcją portretu jest pokazać portretowanego6. Portret jest o człowieku. Człowiek przychodząc do portrecisty liczy na to, że nie będzie wyszydzony, ośmieszony i sponiewierany. Nawet karykaturzyści pracując na zlecenie dbają, by nie przeciągnąć struny. Portretowany mówi "ten profil mam słabszy", albo "w tej pozie robi mi się drugi podbródek", albo inne takie. Jest zainteresowany prawdą w pewnym jej sensie, w końcu przychodzi do fotografa, a nie malarza-pochlebcy, ale nie tą zupełnie prawdziwą, tylko tą bardziej łagodną. Tą "dobrą" prawdą, bez podwójnego podbródka i złego profilu. Dlatego się ubiera, maluje, fryzuje. Ale czy przez to staje się nieprawdziwy i nieistniejący? Czy portret kobiety, zrobiony znienacka o poranku na drugi dzień po imprezie z okazji pięćdziesiątych urodzin będzie "lepszy" od portretu wykonanego w studio z mejkapem, fryzurą i feerią świateł? Bo koniecznie trzeba tej pani pokazać błędy pana boga? Bo ludziom trzeba odbierać złudzenia w imię "prawdy"?
Bardzo fajną anegdotę odnalazłem w biografii Nasierowskiej (z pamięci będę cytował, więc mogę coś pomieszać, ale idea jest słuszna):
Pewien książę zapragnął wysłać wybrance swój portret. Pech jednak chciał, że książę, choć wielki duchem, był niski. Do tego miał jedną nogę krótszą i bielmo na oku. Postanowił więc, że portrecista który pokaże go prawdziwego, ale tak żeby był przystojny, otrzyma sowitą nagrodę.  A ci, którym się nie uda stracą życie. Minął czas, głowy się posypały, aż w końcu znalazł się śmiałek, któremu się powiodło. Postanowił sportretować księcia na polowaniu. Konno, więc krótsza noga i mikry wzrost
stały się niezauważalne a do tego mężczyzna na koniu jest wiadomo bardziej męski7. I w trakcie mierzenia z kuszy, więc felerne oko przymknięte.
I co? Taki portret jest zły, bo nieprawdziwy? Sam pogląd zresztą, że portret powinien być "prawdziwy" jest rozczulająco naiwny. Nie da się całej prawdy o człowieku pokazać na zdjęciu. W najlepszym razie można przekazać pewne idee - gdy robimy zdjęcie komuś znanemu, można wydobyć schematy, jak choćby w portrecie Jeana Cocteau autorstwa Halsmana, umieszczonym w zalinkowanym przeze mnie na początku artykule. Spróbujcie zapomnieć o tym, że to Cocteau i postarajcie się dojść do jakiejś "prawdy" na podstawie samego zdjęcia. Trudne, co? Można się starać, można jakieś przebłyski pokazać, emocji obraz przefiltrowany przez to co portrecista ma w głowie, ale "prawda"? O'rly? Dopiero kiedy połączymy obraz z naszą wiedzą o tym kto na nim widnieje, odpowiednie zapadki zaskakują i jest ten moment "aha, faktycznie, cały on". Ale nawet wtedy nie jest to "cały on" tylko obraz "onego" który mamy już wyrobiony, nasze wyobrażenie, które dopasowujemy sobie do zdjęcia.
Zaś rolą ekstraordynaryjnego portrecisty jest podać człowiekowi sen o nim samym. I nie należy się doszukiwać w tym złych rzeczy. Sny są ważne. A świat jest wielki, jest w nim miejsce i dla portrecisty-psychologa i dla portrecisty-szarlatana. A poza tym, taki ekstraordynaryjny ma jednak pewną reputację do obrony, prawda?

PS. Na zdjęciu mikstura wg. własnej receptury, którą podaję modelkom przed sesją. Podobno obrzydliwie smakuje, ale nie wiem, jako piękny z natury nie muszę jej spożywać gdy robię sobie zdjęcia.

1) chociaż nie aż tak znowu dawno, wikipedia podaje, że ostatni tego typu show zakończył działalność w 1972 roku
2) ekstraordynaryjny, a jakże.
3) czytajcie Niziurskiego, jest jednym z najlepszych pisarzy powieści młodzieżowych, poważnie. I wciąż się czyta, mimo że szkoły inne
4)  jest wiele powodów dla których pisze się paszkwile, głównie osobistych. Freud miałby używanie tutaj zapewne.
5) jeśli nie wiecie o co chodzi: YouTube 
6) patrz to co najważniejsze.
7) znowu Freud

środa, 26 czerwca 2013

Na portretówkę nieszczęsną...

C'est la vie
Zabieram się do tego postu jak canis familiaris do erinaceusa roumanicusa, bo w gruncie rzeczy temat jest niemożliwy do ogarnięcia. No, ale słowo się rzekło, trzeba by się wywiązać.
Jak dobrze wiemy1, obiektyw portretowy to inne określenie na obiektyw o ogniskowej 85mm i światłosile 1.4. Ma też wypasioną wersję o świetle 1.2, oraz biedną wersję o świetle 1.82. Określenie "portretówka", tak silnie przylgnęło do tej konkretnie ogniskowej, że ludzie niejako z automatu sugerują to szkło do portretu, niejednokrotnie zupełnie nie przejmując się kontekstem, w jakim będzie użyte. Zostawmy więc na moment z boku tego starożytnego fotosuchara i spróbujmy określić co to właściwie jest ta "portretówka"3.
Najprostsza4 definicja, to - obiektyw przeznaczony do wykonywania portretów. No i dobra, chociaż brzmi to ciut podejrzanie5, to na początek może być. Teraz jeszcze tylko jedna sprawa - co to jest portret?6. Dla moich potrzeb upraszczam sobie - portret to jest taki kadr z ludzikiem od powiedzmy dekoltu w górę, z ramionami, główką i tyle. Albo trochę sobie odcinam na górze, ale w miarę ciasno to wszystko chcę mieć. To jest taki "mój" portret. I teraz jak trzeba sobie kombinować. Otóż kombinuję sobie tak, że portret w takim kadrze jak opisałem chciałbym ogarnąć w kącie plus minus 14 stopni(w płaszczyźnie poziomej), w kadrze pionowym. Jasne? No ba. I teraz dlaczego akurat tak. Ano dlatego, że z mojego doświadczenia wynika, że przy takim portrecie-popiersiu jaki najbardziej lubię, przy tym kącie zniekształcenie perspektywy twarzy portretowanej jest najbardziej neutralne, najkorzystniejsze. I tu troszkę amatorską psychologią polecę7. Otóż trzeba wam wiedzieć, że nie przepadam zbytnio za innymi przedstawicielami homo sapiens. Znaczy oczywiście nie za wszystkimi nie przepadam, grupka hominidów, które lubię jest całkiem spora i w jej skład wchodzi zdecydowana większość moich portretowanych, ale niekoniecznie lubię ich(je) przytulać8. W związku z czym kadry, na których zniekształcenie sugeruje bliskość9 są dla mnie niepokojące, wywołują wrażenie naruszania mojej przestrzeni prywatnej. Wolę takie na których odległość jest, z braku lepszego słowa, przyzwoita. Ale bez przesady w drugą stronę. Fotografie zrobione długimi ogniskowymi stają się z kolei konkretnie nienaturalne10. I dlatego wypracowałem sobie te 14 stopni. Ani za blisko, ani za daleko w kadrze, który lubię. Niestety, życie nie jest aż takie proste. Bowiem jak wszyscy wiedzą11 rzeczona deformacja perspektywy pozwala nam do pewnego stopnia ukorzystniać buzie naszych modeli, zwłaszcza przy fotografowaniu en face. Zmniejszać nosy, rozszerzać zbyt blisko osadzone oczy, odciążać żuchwę i tak dalej. I to znowu zmienia odległości, kąty i ogniskowe, którymi będziemy tę konkretną buzię uwieczniać.
Wszystko to jest bardzo oczywiste12, wymaga jedynie, jak większość rzeczy, doświadczenia. Czyli czasu13. Trochę czasu i będziecie ogarniać bez myślenia, jaka ogniskowa posłuży danej buzi i w jakim kadrze.
Drugą cechą którą kochamy14 w kombinacji obiektyw/aparat, jest zdolność do robienia rzeczy z głębią ostrości. Głównie rzeczy w temacie jej zmniejszania do granic możliwości. Tak, że gdy rzęsa jest ostra, to oko już nie. I tutaj w przypadku obiektywu liczy się oczywiście maksymalny otwór względny przysłony. Tak samo jak w przypadku aparatów, rozmiar ma znaczenie15.
Tyle nieco mętnego teroryzowania, przejdźmy do konkretu. Jaki obiektyw najlepiej. Z góry zaznaczam, że nie śledzę wszystkich systemów z ich wszystkimi słoikami, więc ostrożnie podchodźcie do tego co napiszę dalej. Jeśli szukacie informacji o konkretnym szkle, sugeruję strony takie jak optyczne.pl, gdzie możecie sprawdzić specyfikację, podpytać na forum i zasięgnąć opinii u największych onanistów sprzętowych polskich internetów. Informacje te, podobnie jak moje, chociaż z innych zgoła powodów, będziecie musieli przefiltrować przez sito swoich potrzeb. Moje zdanie na temat szkła dotyczy bowiem wyłącznie jego przydatności w portrecie ekstraordynaryjnym, więc nie wiem jak będzie się ono sprawiało przy innym rodzaju fotografii. Za to ludzie z optycznych zazwyczaj z fotografią mają do czynienia wyłącznie w teorii - i tę mają opanowaną do perfekcji. Jest to dobre miejsce, by poczytać o rozdzielczości, aberracjach, komie i innych niezbyt istotnych duperelach, które jednak mogą mieć dla kogoś znaczenie.
Jeśli macie info o szkłach pasujących do tego tematu, dajcie znać, podopisuję.
Ustaliłem wcześniej że istotny jest kąt widzenia szkła, a nie jego ogniskowa, tę ostatnią trzeba więc dobrać do aparatu. W małych i mikroskopijnych obrazkach w najlepszej sytuacji są oczywiście posiadacze pełnych klatek, bo w obrębie tych 80-120 mm, w którym obraca się portrecista szarlatan taki jak ja, szkieł jest zatrzęsienie. Ze światłosiłą zależną wyłącznie od zasobności portfela. Nieco gorzej mają posiadacze luster APS. 85mm, "portretówka absolutna", na tym formacie robi się nieprzyjemnie długa, poszerza ramiona i spłaszcza twarz, bardziej przydatna do ciaśniejszych kadrów. A nikt z dużych producentów nie wpadł na pomysł, by zrobić dla nieszczęśników z małymi matryckami odpowiednią "portretówkę". Pentax jest chyba jedyny ze swoim 77 1.8. Można by się ratować 60mm macro, które występują chyba w każdym systemie, a Tamron produkuje nawet superjasną (jak na macro) wersję z maksymalną liczbą przysłony 2. Uwaga jednak - makro w portrecie jest czasem bolesną sprawą16. W ostateczności można się wysłużyć zwykłą 50, która ma dodatkowo tę zaletę, że jest tania jak barszcz17.
Lepiej mają bezlustrowcy, bo mogą zaadoptować któreś ze starych szkieł o popularnej ogniskowej 58mm, ze światłem nawet 1.2. Manualne co prawda, ale w statycznym portrecie nie jest to wielki problem. Posiadacze u4/3 też nie mają na co narzekać - nie poszaleją z głębią ostrości, ale to już taka cecha tego formatu. Za to obiektywów mają do wyboru sporo, z idealnym chyba 45 1.8 na czele. Nie mówiąc o tym że mogą się szarpnąć na jakiegoś Noctiluxa ze światłem 0.9 (czy ile to tam ma) i mieć nawet sensowną tę głębię. Co prawda używanie superjasnych szkieł w studio to masa problemów, ale da się, z doświadczenia piszę.
W przypadku średniego formatu sprawa też jest prosta. W każdym systemie jest szkło, a czasem parę szkieł, które obracają się w rozsądnych okolicach tych magicznych 14 stopni. Najpopularniejsza bodaj ogniskowa to 180mm, dająca w pionowym (lub kwadratowym) kadrze nieco zbyt intymne dla mnie 18 stopni, coś jak 82mm w przypadku małego obrazka. A najpopularniejszym i najsłynniejszym obiektywem o tej ogniskowej jest oczywiście enerdowski Carl Zeiss Jena Sonnar 180 2.8. Obiektyw, dla którego warto męczyć się z zawodnym, niewygodnym i ogólnie nieporęcznym Psixem. Ale chociaż ten Sonnar jest tylko dla Psixów, to jak pisałem, w każdym średnim systemie znajdzie się adekwatna "portretówka".
W przypadku wielkiego formatu, nikomu nie doradzę bo nie mam zielonego pojęcia. Jeśli macie jakieś typy to się podzielcie, dopiszę. Chociaż mam poważne wątpliwości, że czytać mojego posta będą miłośnicy fotografii przez duże "F".

Czas na morał. A morał z dzisiejszej opowieści jest taki, że zanim się zakupi szkło do portretu, warto wiedzieć, jaki portret będzie się uprawiało. A jeśli nie wiadomo, bo człowiek dopiero zaczyna, to trzeba po prostu kupić cokolwiek (najlepiej zoom pokrywający ogniskowe w tym "portretowym" zakresie), przemęczyć się, aż wizja się wyklaruje i wtedy kupić adekwatne szkło. Zanim dotarłem do obiektywu, którego używam dziś praktycznie wyłącznie18, przez bardzo długi czas, zarówno na aps, jak i na pełnej klatce z powodzeniem używałem prostego zooma 70-210 4, znanego niektórym pod nazwą Flinty. Wielu portrecistów używa jakiejś wersji 70-200 2.8, które istnieją w każdym systemie - i nad tym też można się zastanowić, szczególnie jeśli nie jest się zakręconym na punkcie małej głębi ostrości. A w zupełnej ostateczności można się poddać i kupić tę osiemdziesiątkępiątkęjedendwa i niech będzie, że "portretówka"19.
Uff.
Tyle na dziś, następną razą pogadanka będzie o polskich fotograficznych internetach.

1) zwróćcie uwagę, gdy ktoś zaczyna od "jak dobrze wiemy", to chce wam sprzedać solidnego suchara. Nie daj boże, gdy zaczyna od "jak WSZYSCY dobrze wiemy". Rzeczy, które wiemy wszyscy, nader często okazują się bredniami.
2) są też ciemniejsze, ale wiadomo
3) według firmy Sony na przykład, jest to obiektyw 50 1.8, który jest obiektywem portretowym o dużym otworze przysłony, a także 35 1.8 który z kolei jest obiektywem portretowym o bardzo dużym otworze przysłony. Oraz obiektywy 35 1.4, 85 2.8, 50 1.4. Co ciekawe, obiektywem portretowym jest 135 1.8, ale nie jest nim 135 2.8. Przykład na to, jak marketing próbuje ludziom nasrać do głowy. Szukasz obiektywu portretowego? Proszę bardzo, mamy dla ciebie znakomity obiektyw 135 1.8 (no i bez kitu, to jest akurat znakomite szkło). Za drogo? Proszę, jest w rozsądnej cenie 35 1.8. A że cztery razy mniejsza ogniskowa? Nie szkodzi, podejdziesz bliżej.
4) czyli z reguły najlepsza.
5) bo niby skąd obiektyw ma wiedzieć, do czego służy?Jak "portretówką" zrobię pejzaż, to się źle naświetli?
6) dobra dobra, niech będzie, że żartuję, ale tak na wszelki to się zastanówcie nad tym, aż tak banalne to nie jest...
7) czyli jak każdy domorosły psycholog-amator, zacznę bredzić od rzeczy. W sumie, nawet można by powiedzieć, "jak w ogóle każdy psycholog, zacznę bredzić od rzeczy".
8) a nawet gdybym lubił, to nie jestem do końca przekonany, że one by chciały być przytulane przeze mnie, w sumie obcego chłopa. A już na pewno jestem pewien, że moja osobista lepsza połowa nie byłaby takim otwartym wyrażaniem emocji w stylu hipisowskim zachwycona. Wiecie rozumiecie.
9) bo tak naprawdę w taki sposób mój nieco prymitywny ale cwany mózg sobie określa odległość na fotografii, na której nie ma żadnych innych punktów odniesienia - na podstawie deformacji perspektywy
10) miałem śmieszną zajawkę z tym tematem ostatnio, ktoś w internetach, na fanpejdżu jakiejś szkoły fotografii bodajże, forsował intrygującą opinię, że im dłuższa ogniskowa tym lepiej, bo mniej zniekształcona perspektywa. Mniej zniekształcona nie znaczy lepsza. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do oglądania świata w rzucie prostokątnym. Twarze w takim rzucie naprawdę wyglądają dziwnie.
11) ehm, ehm.
12) nie, powaga.
13) patrz dziesięć tysięcy.
14) w każdym razie my kochamy.
15) patrz rozmiar jest ważny.
16) trudno kobiecie wytłumaczyć, że te wszystkie zmarszczki i pory i pryszcze, perfekcyjnie widoczne dodają zdjęciu realizmu, a przecież musi być realizm, bo inaczej nie będzie prawdziwy portret.
17) a w niektórych systemach wręcz została namaszczona mianem "portretówki". Przez świętą rękę marketingu.
18) Fujinon GXD 180 3.2 gdy pracuję na kliszaku,  a gdy na cyfrze to Minolta 58 1.4.
19) morał w jednym zdaniu, "kup cokolwiek, byle miało 85mm". 

PS. Jak było zrobione dzisiejsze zdjęcie.
Ano, w duchu wpisu, fotka została zrobiona zoomem 16-50 2.8 przy przysłonie 5.6 na formacie APS. Co z tego wynika - ano to, że możnaby je zrobić kitem. Fakt, nie byłoby szczególnie ostre, pewnie jakieś aberracje by się wkradły ale to bez znaczenia. Ważne że się da, jak się chce. Oczywiście, nie dałbym rady wydusić z kita głębi ostrości, którą teoretycznie nawet z tego zooma bym uzyskał, ale w tym portrecie akurat o głębię nie szło.
A oświetlone jedną lampą błyskową z PARem i wrotami, z żurawika.